Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 lutego 2024

Biegowe podsumowanie roku 2023

Lubię pisać podsumowania, kiedy jest CO podsumowywać, więc lecimy z rokiem 2023! W tym roku z biegowej strony mojego życia wydarzyło się całkiem sporo, więc z przyjemnością siadam teraz z herbatką i świeczką, aby wam o tym opowiedzieć.

W styczniu wymyśliłam sobie, że chciałabym kiedyś wziąć udział w Biegu Ultra Granią Tatr, a żeby móc zgłosić się do losowania, trzeba udowodnić, że jest się porządnym biegaczem ultra i zdobyć punkty ITRA. Ja wybrałam opcję, że zdobędę 9 punktów ITRA w 3 biegach (do wyboru było jeszcze 8 punktów w maksymalnie 2 biegach lub 6 punktów w 1 biegu), co oznaczało ukończenie 3 biegów około 60+ kilometrowych z ok. 2000 m przewyższenia. Pozapisywałam się na odpowiednie zawody i to one właściwie zdefiniowały mój rok 2023. Tylko ja nie lubię zamykać się w żadnym pudełku i chciałam startować również w krótszych biegach po asfalcie, na przykład w moim ukochanym Półmaratonie Marzanny. Wobec tego zima i wiosna stały głównie pod znakiem przygotowań do półmaratonu, a gdzieś tam w tle majaczył Bieszczadzki ultra.

Początkiem tego roku postanowiłam powrócić do pisania bloga, czego wynikiem są te wszystkie wpisy. Nie robiłam tego zbyt regularnie, posty czasem wpadały z dużym opóźnieniem, ale i tak się cieszę, że przemogłam się, przełamałam opór i zrobiłam ten krok. 

Zaczęłam też chodzić na siłownię dzięki mojej ulubionej sąsiadce Gabie. Na razie tylko na zajęcia fitness z ciężarami i czasem cardio jako cross training, choć ciągle zbieram się do tego, aby zacząć również coś dźwigać sama (na tej wielkiej sali pełnej chłopów z pięćdziesięciocentymetrowym obwodem bicka). To chyba będzie jeden z celów na 2024:  przełamać opór przed pójściem na siłkę.

W lutym trenowałam do półmaratonu z planem treningowym i zaczęłam się rozkręcać. Biegałam regularnie, uczęszczałam na fitnesy, zrobiłam kilka dłuższych wybiegań i przynajmniej raz w tygodniu robiłam mocniejszy akcent. Widziałam, że to idzie w dobrą stronę, czułam się coraz mocniejsza, a treningi dawały rezultaty.

W marcu kontynuowałam ten plan aż do startu w półmaratonie, o którym można poczytać tutaj. Mimo że nie pobiegłam na zakładany czas, to cieszyłam się z wyniku i z pracy, którą wykonałam mimo przeciwności, jakie pojawiały się w tych miesiącach.


W kwietniu postawiłam przed sobą ambitny cel, aby przekroczyć barierę 200 km przebiegniętych w jednym miesiącu. Poprzednie wahały się w okolicach 130-160 km, a w 2022 często oscylowałam w okolicach 100km w miesiącu, więc 200 to dla mnie naprawdę dużo. Jednak nie chciałam jedynie wyklepać tych kilometrów w spokojnym tempie. Zauważyłam, że o wiele bardziej lubię wychodzić na trening, jak mam do wykonania jakieś zadanie typu interwały. Po marcowym półmaratonie odczułam znaczny wzrost kondycji, tempo w okolicach 5:10 min/km nie było już takim problemem, a interwały robiłam już po 4:30-4:45 min/ km, choć wcześniej było to 5:00-5:10 min/km.

W kwietniu moją głowę zaprzątały 2 rzeczy: start na 10 km 22.04 w Igrzyskowym Biegu Nocnym oraz przygotowania do Ultra Biesa na 65+ km 6.05. Prawdopodobnie jeśli jakiś trener popatrzyłby na moje treningi jednocześnie znając moje cele, to pewnie złapałby się za głowę, bo nie było w tym żadnej metodyki ani głębszych przemyśleń. Po prostu robiłam na co miałam ochotę i siłę danego dnia. Tylko jak jednocześnie pogodzić przygotowania do płaskich 10 km i górskiego ultra? 

Postawiłam głównie na:
-1-2 razy w tygodniu 3-4 minutowe interwały po 5-6 powtórzeń w tempie progowym
-raz w tygodniu dłuższe wybiegania (ok.20 km)
-codziennie 10-15 minutowe ćwiczenia na stabilizację kolan
-wydłużenie standardowych wybiegań z 6-7 km do 9-11 km

Dodatkowo starałam się jak najwięcej czasu spędzać na nogach, między innymi dlatego pod koniec kwietnia pojechałam na Nightskating Kraków, czyli wieczorny przejazd na rolkach środkiem miasta. Nie udało mi się dobić do tych 200 km, zrobiłam ostatecznie 170,25 km, ale to nie szkodzi. I tak to był mój największy objętościowo miesiąc w tym roku.

W maju przebiegłam swój pierwszy od 4 lat ultramaraton, Niezniszczalny Raróg w ramach Ultra Biesa, całą relację z niego można przeczytać tutaj. Po tym biegu musiałam trochę odpocząć, zwolnić, zregenerować się, dlatego przez następujące po nim tygodnie znacznie zmniejszyłam objętość biegów. Ale zaliczyłam też wycieczkę górską z moimi rodzicami, którzy robią sobie Koronę Gór Polski, czyli zdobywają najwyższe szczyty w 28 pasmach górskich. Tym razem padło na Pieniny i ich najwyższy szczyt - Wysoką. Po drodze odwiedziliśmy też Wąwóz Homole i Schronisko pod Durbaszką.

W czerwcu zaczęłam plan treningowy do jesiennego półmaratonu z zamiarem przebiegnięcia go w 1:45, więc wróciłam do regularnych biegów, włączyłam dłuższe wybiegania i szybsze jednostki. Zazwyczaj w okresie letnim biegałam mało, wiąże się to głównie ze zbyt wysoką temperaturą i włączaniem się mojego niechcemisia. Ale tym razem było inaczej, bo w perspektywie kolejnych paru tygodni miałam ultramaraton, który w rezultacie okazał się jednym z najtrudniejszych, a na pewno najdłuższym biegiem w moim życiu.

W lipcu kontynuowałam treningi do półmaratonu, czułam się coraz bardziej w gazie i akurat wtedy, gdy zaczęło mi już iść super dobrze, w połowie lipca na początku treningu, który miał być zwykłym easy runem, coś zakuło mnie w kolanie. Ale nie tak lekko, to był ból uniemożliwiający normalny bieg. Skróciłam to wybieganie i dokończyłam trening powolutku w tempie 7:00 min/km, ale w głowie został mi niepokój. Za niecałe 3 tygodnie miałam górski ultramaraton, jak miałam go zrobić z takim bólem kolana? Na szczęście to nie była poważna sprawa, właściwie w parę dni mi przeszło i mogłam powrócić do “normalnego” biegania już wkrótce. W ramach treningu zrobiłam też dwie wycieczki na szczyty górskie z rodzicami, 19 lipca na Babią Górę w Beskidzie Żywieckim oraz 28 lipca na Lackową w Beskidzie Niskim.

W sierpniu przyszedł czas na kolejny sprawdzian dla głowy, który okazał się nim w istocie. Całą relację z Magurskiego Ultra możecie przeczytać tutaj. Mimo że przetyrał mnie ten bieg strasznie, to wylizałam się po nim dość szybko i 4 dni później byłam z powrotem na treningu. Kiedyś dochodzenie do siebie po dłuższych biegach zajmowało mi ok. tygodnia, więc jest jakiś progres, ale miał w tym też udział fakt, że ja na tym biegu byłam ostatnia. I nie, żebym jakoś specjalnie się obijała i stąd to miejsce, wręcz przeciwnie. Ale zmotywowało mnie do tego, żeby to się już więcej nie przytrafiło. No i wpadłam na pomysł, żeby last minute wziąć udział jeszcze w jakimś biegu w sierpniu, takim krótszym, żebym mogła się trochę pościgać (sama ze sobą oczywiście) i padło na Limanową X Run Wyspiański Półmaraton. Relację z tego biegu można przeczytać tu. W sierpniu oprócz Magurskiego ultra i Limanowej zaliczyłam jeszcze dwie górskie wycieczki, Na Mogielicę w Beskidzie Wyspowym i Tarnicę, najwyższy szczyt polskich Bieszczad.

We wrześniu wpadł nam do głowy pomysł (mi i Erykowi), żeby wyjechać gdzieś na chwilę i nie mogliśmy się zdecydować, do jakiego miasta w Europie polecieć, więc pojechaliśmy do Zakopanego. Chciałam pokazać mu kilka moich ulubionych szlaków, więc byliśmy na Gęsiej Szyi, dzień później wdrapaliśmy się na Świnicę, pierwszy raz w życiu jechałam kolejką na Kasprowy, a w ostatni dzień zaliczyliśmy jeszcze Sarnią Skałę. Same zwierzęce szczyty. Tydzień po przyjeździe z gór pojechaliśmy z Erykiem na Runmageddon do Dobczyc, bawiliśmy się super, a przeczytać można o tym tutaj. We wrześniu biegałam trochę mniej, to był mój najmniej obfity w kilometry miesiąc w tym roku, bo było ich 81,2. Mimo to zrobiłam kilka naprawdę fajnych treningów, bo czekał na mnie jesienny półmaraton. Nie przygotowałam się do niego w 100%, ostatecznie chciałam po prostu wystartować i dobrze się bawić i każdy wynik poniżej 2 godzin brałam w ciemno.

W październiku przyszedł czas na Cracovia półmaraton i relację z tego biegu napisałam tutaj. Pierwszy raz od tylu lat na Cracovii wbiegałam na Tauron Arenę zadowolona z wyniku i na tym specyficznym biegowym haju, który często się nie zdarza. A to po części też zasługa Roberta i Wojtka, dzięki którym nie odpuściłam w połowie trasy i trzymałam tempo. Po krakowskiej połówce chwile odpoczęłam, ale nie mogłam sobie pozwolić na zbyt duże odpuszczanie, bo wiedziałam, co czeka mnie następnie…Łemkowyna Ultra Trail na 70 km. Z jednej strony miałam pewne obawy przed tym biegiem, jak to zwykle przed ultra, nigdy nie wiadomo co się wydarzy, ale jednocześnie też byłam spokojna, bo wierzyłam, że co by się nie działo, to sobie z tym poradzę. Relacja z tego biegu się pisze i będzie gotowa już niedługo. Po łemko niestety musiałam zrobić ponad tydzień przerwy ze względu na moje stopy, które nieźle się wtedy wycierpiały. W ostateczności straciłam 3 i pół paznokcia, miałam kilka odcisków, ale “zakwasy” nie były aż tak potężne jak się już do nich przyzwyczaiłam. Z każdym biegiem ultra jestem w coraz lepszym stanie przez dni następujące po nim.

W październiku natrafiłam też na facebooku na reklamę Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich, czyli cyklu pięciu biegów w Lasku Wolskim odbywającym się od listopada do marca. Moje zastanawianie się, czy dołączyć do tego wydarzenia trwało jakieś 7 minut i zapisałam się na Ambitną Jedenastkę. Myślałam też nad trasą 22 km, ale po krótkiej analizie stwierdziłam, że 11 będzie fajną konkurencją, nie będę się aż tak stresować, po 11 jest szybsza regeneracja itd. Ale 22 też kusiło, bo przecież to by było super jako niedzielne dłuższe wybieganie i od razu w trudnym górskim krakowskim terenie. 

Nadszedł listopad, a wraz z nim pierwszy bieg z cyklu GPK, który sprawił mi niemałą radość, bo można było znów poczuć się jak dziecko taplające się w błotku. Nie miałam żadnych oczekiwań, planów czasowych, chciałam po prostu sprawdzić jak to wygląda, bo słyszałam o tym biegu już od kilku lat i byłam ciekawa. Błotne kałuże, błotne zjeżdżalnie, błotne podejścia - tak w skrócie wyglądał ten bieg. W połowie listopada jako jedno z dłuższych wybiegań postanowiłam zrobić wycieczkę pod Kopiec Kościuszki. Tam jest taki długi 1,5 kilometrowy podbieg, bardzo męczący, a moim postanowieniem było nieprzechodzenie do marszu i zrobienie całości biegiem. Wbiegłam tam 4 razy i wymęczyłam się okrutnie, ale też byłam usatysfakcjonowana, że nie poddałam się po pierwszym podbiegu, choć miałam na to ochotę.

18 listopada odbył się Bieg Lovelas i w jego ramach wystartowałam w Dyszce Van Berde. Zdobyłam 3 miejsce open wśród kobiet, co dało mi mega motywację i radość, bo pierwszy raz na Lovelasie stałam na podium, choć brałam udział już 6 razy. Listopad przetrenowałam sumiennie, starałam się nie odpuszczać, nie marudzić, tylko regularnie biegać.

I przyszedł grudzień, a wraz z nim zima i drugi start w GPK. Tym razem zamiast błota przywitał nas las z półmetrową warstwą śniegu. Było trudniej i w tych miejscach, gdzie ostatnio dało się całkiem normalnie biec, tym razem nie było to takie proste, ale z drugiej strony tam gdzie w listopadzie były błotne zjeżdżalnie i okopy, to tym razem dzięki warstwie śniegu można było przebiec tamtędy bez tańczenia i potykania się o własne nogi. Mimo to czas miałam trochę gorszy. Chciałam w grudniu trenować intensywnie i przez pierwsze 2 tygodnie ćwiczyłam prawie codziennie. 16 grudnia wyszłam na luźne bieganie i miałam w sobie tak dużo siły, że zamiast biec w okolicach 6:00 min/km, zrobiłam 6 km po 5:16 min/km. Wróciłam super zadowolona, wieczorem poszłam na imprezę urodzinową. No i po 10 dniach bez przerwy w treningu następnego dnia rano dopadło mnie przeziębienie, co mogłam przewidzieć, bo często tak było, jak nie dawałam sobie odpoczynku. Nie straciłam formy jakoś bardzo, ale nie było to też bez znaczenia, bo takie przerwy zawsze robią jakieś straty.

Przez ten czas oglądałam jak wszyscy biegają i ćwiczą przez święta, z żalem opuściłam wigilijne bieganie Zabieganych dla schroniska w Mielcu, a ja głównie leżałam pod kocem i jadłam cukierki z choinki. Postanowiłam, że zanim pójdę na trening, to wykuruję się w stu procentach, nie chciałam bezsensownie przedłużać sobie choroby zbyt szybkim powrotem, choć bardzo mnie korciło. Moja przerwa trwała 1,5 tygodnia i wróciłam do biegania 27 grudnia. Przypomniałam sobie też, że w październiku zamówiłam sobie tokeny z kodem Parkrun. Parkrun to taki darmowy cykl biegów na 5 km, które odbywają się co tydzień w wielu miastach na całym świecie, a w Polsce jest kilkadziesiąt (na moment kiedy to piszę 94) lokalizacji, w samym Krakowie jest 3. Jak byłam jeszcze na studiach, to brałam w nim udział kilka razy i teraz chciałam wrócić i co jakiś czas sprawdzać swój czas na piątkę. 

I przypomniałam sobie, że zamówiłam te tokeny, a ani razu nie pojechałam na Błonia, żeby pobiec, więc postanowiłam w końcu wstać w sobotę rano i pojechać. Zaplanowałam sobie też, że nadrobię grudniowe kilometry i z powrotem wrócę biegiem (mieszkam daleko od centrum), więc w sumie zrobiłam dłuższe wybieganie z wstawką szybszych 5km. Te półtora tygodnia przerwy zrobiły swoje, bo jedyne co byłam w stanie wyciągnąć to 25 minut i 41 s (średnie tempo 5:09 min/km), czyli prawie 4 minuty gorzej od mojej życiówki. Ale ja wiem, że wszystko to jest do wypracowania. Kiedyś już byłam szybsza i wiem, że jak odpowiednio dużo popracuję, to dotrę do miejsca, w którym chcę być. Ostatniego dnia roku dobiegłam jeszcze 12 km, żeby wyrównać do 100 km w grudniu i tak zakończyłam ten rok pełen wrażeń.

A teraz moje ulubione, czyli statystyki (ze Stravy):

Przebiegłam 1551,1 km w 165h 13m, w tym było 14 794 m przewyższeń.
3 razy zdobyłam miejsce na podium, w tym raz w kategorii open, a 2 razy w kategorii wiekowej K20.
Nie pobiłam żadnej życiówki, ale to nie było w tym roku celem.

Realizacja celów:
-Półmaraton Marzanny poniżej 1:50 - nieosiągnięty, ostatecznie 1:51:01
-Bieg nocny poniżej 50 minut - osiągnięty, ostatecznie 49:36
-Cracovia Półmaraton w 1:45 - nieosiągnięty, ostatecznie 1:52:54
-Pobić czas z zeszłego roku w Dyszce Van Berde - osiągnięty, 59:23
-Ukończyć w regulaminowym czasie 3 ultramaratony - osiągnięty!

Pozdrawiam!

piątek, 17 marca 2023

Wspomnienia i biegowe podsumowanie 2022

Lubię podsumowania. I chociaż zazwyczaj ciężko mi się do nich zebrać, to lubię wspominać różne zdarzenia, bo często dzięki temu widzę, że zrobiłam cokolwiek i podnosi mnie to trochę na duchu. Mam tendencję do zapominania dobrych momentów i umniejszania swoich osiągnięć oraz do rozpamiętywania błędów i przykrych zdarzeń. Wiem, że nie wpływa to pozytywnie na moją głowę, dlatego nawet jak niewiele było tych dobrych chwil, to w takim podsumowaniu mam napisane czarno na białym, że jednak jakieś były. I COŚ zrobiłam w tym roku. 

Spisuję te wspomnienia końcem lutego i początkiem marca 2023, pewnie jestem ostatnią osobą, która myśli o poprzednim roku, ale stwierdziłam, że zrobię to, bo mogę. To jest mój blog i piszę na nim co chcę, nawet jeśli jest trochę bez sensu ;)

Rok 2022 był dla mnie trudny pod kilkoma względami i bieganie traktowałam jako moją bezpieczną przystań, sposób na ukojenie emocji, spokój i poprawę samopoczucia. Nie zawsze wszystko się udawało, nawet kiedy bardzo się starałam, ale przyjmuję, że tak po prostu jest w życiu. 

Zima:

Styczeń, luty i marzec były głównymi miesiącami przygotowań do najważniejszego biegowego wydarzenia w tamtym roku: Cracovia Maratonu w kwietniu. Miałam silne postanowienie, aby w końcu się do tego maratonu przygotować należycie, bo moje wcześniejsze podejście (7 lat wcześniej) nie należało do najbardziej udanych. Wychodziłam pobiegać systematycznie kilka razy w tygodniu, robiłam różne jednostki treningowe, w tym interwały, podbiegi i szybkie przebieżki oraz najważniejsze przed maratonem: długie wybiegania.

Wiosna:

W marcu przyszedł czas na pierwszy sprawdzian formy: Półmaraton Marzanny. Przebiegłam go na wyczucie, bez zegarka, starając się trzymać w miarę komfortowe, ale dość żwawe tempo i dobiegłam wg oficjalnego zegara w czasie 1:51:36. Czułam lekki niedosyt, ale też ulgę, bo uważałam, że poszło mi super jak na ilość psychologicznych walk, które stoczyłam ze sobą podczas przygotowań.

Od tego czasu pozostało już tylko wciąż sumiennie trenować do maratonu, bo marzyłam, aby przebiec go poniżej 4 godzin i uzyskać wymarzoną 3 z przodu. Z dłuższych treningów zrobiłam jedno wybieganie na 25 km oraz 2 tygodnie przed maratonem 30 km. Czułam się gotowa i nie mogłam doczekać się startu.

Dzień przed biegiem zrobiłam porządne ładowanie węglowodanów, odebrałam pakiet i skakałam z radości, że to już. Podczas biegu rozpierała mnie energia, do ok. 25 km biegłam stałym tempem 5:30 min/km praktycznie bez zmęczenia, dopiero po tym czasie zaczęłam lekko słabnąć, w okolicach 30 km już odczuwałam niezłe zmęczenie, a zaraz potem zaczęła się walka. W tym czasie padał deszcz i wiał zimny wiatr, więc mokre buty spowodowały bąble i zwiększone odczucia bólowe, co trochę utrudniało bieg i przeszkadzało z każdym krokiem. Niestety musiałam zwolnić i czasami przechodzić do marszu, ale wciąż parłam do przodu i miałam nadzieję, że będę jak najbliżej tej czwórki. Coś mnie pchało do mety i mimo potężnego zmęczenia, więcej było biegu niż marszu. Na ok. 38 km już wiedziałam, że na wynik sub 4 nie ma szans, ale nie chciałam się poddać i odpuścić całkowicie. Dobiegłam na metę w czasie 4:06:22, szczęśliwa i bardzo zadowolona z siebie, bo pobiłam swoją maratońską życiówkę o prawie 25 minut. 

Po maratonie postanowiłam odpocząć i odpuścić cięższe treningi. Coraz częściej wychodziłam też na marszobiegi z moim mężem. 7 maja wystartowałam jeszcze w biegu “Pamiętaj z Nami” na 5 km na luzie i bez stresu. Udało mi się trzymać tempo poniżej 5:00 min/km i na mecie pojawiłam się po 24 min 30s. Miła odmiana po dwu- i czterogodzinnych zawodach.

Lato:

Czerwiec, lipiec i sierpień zazwyczaj biorę na “przetrzymanie do jesieni”. Robię lekkie, kilkukilometrowe wybiegania, byle tylko utrzymać jako-taką formę, żeby było z czego rzeźbić na jesieni. Często też zamiast biegania wybieram rolki albo spacery. W czerwcu pierwszy raz w życiu wzięłam udział w nocnej jeździe na rolkach po Krakowie “Night Skating Kraków”. Przejechaliśmy 23 km głównymi ulicami miasta przy zachodzącym słońcu i czułam się jak w jakimś innym świecie. Pod koniec sierpnia miałam też zaplanowaną operację zatok, więc czekała mnie po niej ok. miesięczna przerwa od treningów. 

Jesień:

W połowie września wznowiłam bieganie, bo w perspektywie najbliższego miesiąca miałam zaplanowany start w Cracovia Półmaratonie Królewskim. Bieg odbył się 16 października i nie był to najlepszy start w mojej karierze. Myślałam, że może mam jeszcze jakieś pokłady energii, żeby na spokojnie przebiec 21km, ale jednak okazało się, że nie. Bieg wymęczyłam, pokonałam go głównie marszobiegiem, na metę dotarłam po 2:15:59. Ale stwierdziłam, że nie mogę się załamywać i ten rezultat jest po prostu wynikiem tego, że nie trenowałam, a nie tego, że jestem słabą biegaczką.

Więc już w następnym tygodniu postanowiłam, że zacznę trenować wg planu, bo wtedy zazwyczaj jestem bardziej zmotywowana do treningów i mniej marudzę przed wyjściem z domu. W aplikacji Garmin Connect znalazłam różne plany treningowe i wybrałam plan przygotowujący do półmaratonu dla średniozaawansowanych na 16 tygodni. I już po miesiącu biegania z tym planem czułam niesamowity progres formy, byłam zaskoczona.

19 listopada wystartowałam w biegu Dycha Van Berde w lasach Nadleśnictwa Tuszyma pod Mielcem. 10,5 km po dość trudnym leśnym terenie, z pagórkami, piaskowymi zbiegami i wystającymi korzeniami. Dobiegłam jako 5 kobieta (na 38) z czasem 1:04:09, praktycznie bez żadnych kryzysów na trasie. Czyli plan treningowy działał :D. To dodało mi jeszcze więcej motywacji i wiary, że sumienne treningi naprawdę działają.

fot. Mała Gośka Photography

A teraz to, co nikogo nie interesuje oprócz mnie, czyli statystyki ze Stravy: w sumie w ciągu roku wyszłam pobiegać 125 razy, przebiegłam 1159 km w 114 h 13 min, w tym było 4845 m przewyższenia. 

Nie jest to mój najlepszy wynik, ale jest on zdecydowanie lepszy niż w roku 2021, w którym zrobiłam 809 km i totalnie lepszy niż w 2020 (nie mam dokładnych statystyk, bo zostały pogrzebane razem z Endomondo, ale pewnie było to nie więcej niż 700 km)

2023 zapowiada się dobrze, zapisałam się już na 3 biegi, więc będzie o czym pisać!

Pozdrawiam.


czwartek, 15 października 2015

Walka z jesiennym przesileniem.

Nadeszła jesień. I znów jest szaro i brzydko, za oknem pada deszcz, a ja kolejny raz przekonuję się, że robienie dalekosiężnych planów na październik to wcale nie jest dobry pomysł. Historia z zeszłego roku powtórzyła się i ponownie dopadło mnie wstrętne choróbsko. Od paru dni nie biegam, najchętniej tylko leżałabym w łóżku, spała, kichała i kaszlała. I to wszystko na niecałe 2 tygodnie przed Półmaratonem Królewskim, moim najważniejszym startem w tym sezonie. Po drodze miał być jeszcze Bieg o Puchar Rektora Wydziału Farmaceutycznego i następny test Coopera na stadionie AWF, ale chyba będę zmuszona je sobie odpuścić. Wszystko przez głupie przeziębienie.
I jak zawsze w takich sytuacjach mam parę przemyśleń, którymi chciałabym się podzielić z tymi, których tak samo coś dręczy i męczy.

1.Odpuść. Nie rób nie na siłę, bo czasem możesz sobie bardziej zaszkodzić niż pomóc. Jeden, czy kilka pominiętych treningów tak naprawdę nie ma znaczenia. Nie po to nazywamy się przecież biegaczami-amatorami, żeby lecieć po trupach. Bieganie ma nam sprawiać przyjemność, a nie być źródłem przykrości i bólu. Wiadomo, że trzeba pokonywać swoje słabości i walczyć z całych sił, ale na pewno nie kosztem własnego zdrowia i dobrego samopoczucia.

2.Dbaj o siebie. Ubieraj się stosownie do pogody, zakładaj czapkę i szalik, gdy wieje wiatr i jest brrr zimno, zwracaj uwagę na to, co jesz i czy dostarczasz sobie odpowiedniej ilości witamin i składników mineralnych. Pamiętaj o warzywach i owocach oraz sokach z nich zrobionych. Dobrze się wysypiaj. Pij dużo płynów, dużo herbaty z cytryną i sokiem malinowym, mleko z miodem, jedz kanapki z czosnkiem i cebulą (zaleca się, aby po zjedzeniu nie mieć kontaktu z innymi ludźmi). Ruch na świeżym powietrzu, marsze i spacery także wspierają odporność.

3.Idź z tym do specjalisty. Czy to grypa, czy jakaś kontuzja, warto pójść z nią do lekarza lub fizjoterapeuty i skorzystać z pomocy fachowca. Nie czekaj, aż będzie jeszcze gorzej, bo leczenie się na własną rękę jest dłuższe, trudniejsze, bardziej mozolne i często przynosi marne efekty. Przekonałam się o tym już wielokrotnie, chociażby wspominając moją ostatnią kolanową kontuzję. Przez parę miesięcy próbowałam poradzić sobie z tym sama, aż w końcu skapitulowałam, udałam się do fizjoterapeuty i wyniki były niemalże natychmiastowe.

4.Korzystaj z wolnego czasu. Czas, który normalnie przeznaczony byłby na bieganie i ćwiczenia można spożytkować w inny sposób. Na naukę, przeczytanie książki, uzupełnienie biegowej/dietetycznej wiedzy, ugotowanie pysznej kolacji, nadrobienie serialowych zaległości, albo na napisanie posta na blogu. Nie zmarnuj go :).

5.Planuj. Nie chodzi mi o nic długoterminowego, ale pomyśl o tym, co fajnego zrobisz jak już wyzdrowiejesz, będzie to taka dodatkowa motywacja.

Pozdrawiam!

piątek, 20 marca 2015

Jak ugryźć półmaraton.

Zaczynasz biegać. Po jakimś czasie, nie wiedząc dlaczego, zaczyna Ci się to podobać i myślisz o udziale w zawodach. 10 kilometrów to dla Ciebie już za mało, szkoda ubierać buty na taki dystans, ale maratonu jeszcze się boisz. W przypływie euforii zapisujesz się na półmaraton. To już jakiś konkret! Trenujesz przez paręnaście tygodni i z radością myślisz o dacie startu. Ale na dzień, dwa dni przed startem pojawia się panika. Żołądek się kurczy, jelita jakoś dziwnie przyspieszają. Nie możesz spać, jedzenie ciężko przechodzi przez przełyk. Stres! Czy ja sobie poradzę? Czy dam radę? Czy dotrwam do mety?
TAK. Dotrwasz. Dasz radę.
Jeżeli ja, będąc siedemnastoletnią siksą (teraz już można startować od 18 lat) z nieco słabym przygotowaniem sobie poradziłam (jakoś), to każdy da radę. 

Nie chcę pisać o całej logistyce zapisywania się na bieg, o dojazdach, depozytach, czipach i takich tam. Ograniczę się tylko do ostatnich dni przed zawodami.
Pierwsza rzecz to odbiór pakietu. Najlepiej pójść do biura zawodów jak najwcześniej i bez stresu, na spokojnie odebrać numer. Dzień przed (lub jakiś czas przed) startem polecam przestudiować dokładnie stronę internetową organizatora, przeczytać regulamin, nowości, zapamiętać swój numerek (żeby później nie musieć tracić czasu na dopchanie się do tablicy i szukanie swojego nazwiska na liście) , sprawdzić, czy będą pacemakerzy (jeżeli chcemy osiągnąć konkretny wynik), i przeglądnąć trasę biegu. Po co? Żeby wiedzieć, kiedy spodziewać się punktów odżywczych i po to, żeby ustawić sobie swoich kibiców na konkretnych kilometrach. Rola własnych osobistych kibiców jest przeogromna. Półmaraton to długa droga, przy trasie zwykle stoją duże grupy ludzi (zwłaszcza, jeżeli jest ona poprowadzona w centrum miasta, popularnymi ścieżkami spacerowymi), więc zobaczenie znajomej twarzy jest niezwykle krzepiące i dodaje sił. Twój własny osobisty kibic przybije Ci piątkę, poda Ci wodę/izotonik, czy co tam potrzebujesz i zrobi Ci pamiątkową foteczkę (jeżeli oczywiście chcesz mieć zdjęcie, kiedy ómierasz i wyglądasz najbardziej niekorzystnie na świecie. Ale spokojnie, na trasie zjawi się mnóstwo wynajętych fotografów, więc i tak na jakimś zdjęciu się znajdziesz).
Dzień przed dobrze jest sprawdzić pogodę i przygotować sobie cały strój, i potrzebne drobiazgi. Spisać po kolei listę rzeczy do zrobienia nazajutrz, przypiąć numerek startowy, nastawić budzik (albo kilka, na wszelki wypadek), aby oszczędzić sobie niepotrzebnych nerwów. Noc i tak nie będzie najlepiej przespana, więc opłaca się wysypiać przez wcześniejsze dni.
Warto też zrobić lekki rozruch, potruchtać, potem pójść na spacer, posprzątać mieszkanie, byle by nie leżeć plackiem cały dzień. To pomoże złagodzić stres i być w stanie gotowości do działania następnego dnia.
Dieta dzień przed. Polecam używać sprawdzone dania, łatwostrawne, ograniczyć błonnik. Można zwiększyć ilość węglowodanów, żeby uzupełnić glikogen, np. jedząc na kolację potrawę z makaronem. Trzeba też pamiętać o odpowiednim nawodnieniu, a w ostatnich dniach lepiej odpuścić sobie alkohol (nawet piwo, które przez niektórych biegaczy uważane jest za izotonik).
Dieta w dniu startu. Ja zwykle jem śniadanie 3 godziny przed startem, a godzinę przed dokładam jeszcze banana. Na śniadanie można zjeść na przykład pszenną bułkę z masłem i dżemem albo miodem. Taki posiłek jest łatwostrawny, posiada proste węglowodany i nie powinien powodować rewolucji żołądkowych w trakcie biegu.

Wreszcie nadszedł TEN DZIEŃ. Dobrze być w okolicy startu już jakiś czas wcześniej, żeby zrobić rozgrzewkę (taką jak zwykle, lepiej nie próbować nowych ćwiczeń) i ustawić się w swojej wyznaczonej strefie. Dla mnie to są zawsze najgorsze minuty. Próbuję się skupić, uspokoić i odesłać negatywne myśli. I chociaż wiem, że to będzie kolejna fajna przygoda, nigdy nie jestem do końca pewna, jak potoczy się sytuacja.
Zwykle po przekroczeniu linii startu trochę się rozluźniam. Pierwszy kilometr robię wolniej, pilnuję czasu. Kiedy pojawia się punkt odżywczy nigdy nie zabieram kubka z pierwszego stołu (pomijając fakt, że tam ich już prawie nie ma, ale i tak jest tam najwięcej ludzi i ci biedni wolontariusze dwoją się i troją). Lecę do ostatniego, składam kubek w dzióbek, wylewam połowę zawartości na koszulkę, bo nie umiem pić w biegu i wyrzucam do pojemnika na śmieci. Piję na każdym punkcie, chociaż troszkę, żeby nawilżyć błony śluzowe jamy ustnej i gardło. Pamiętam jak na moim pierwszym półmaratonie po prostu wyczekiwałam z utęsknieniem na kolejne punkty z wodą i wydawało mi się, że padam z wyczerpania, bo było tak gorąco. Pierwsze 10 kilometrów zazwyczaj przyjemnie i szybko mija. Dopiero potem zaczynają się schody. Ja zwykle największe kryzysy miewam na 16-17 km, walczę wtedy ze sobą, żeby nie przejść do marszu. Potem jest już z górki, bo im bliżej mety tym bardziej chce się już na niej być. 
A co zrobić na mecie? CIESZYĆ SIĘ. Udało Ci się, jesteś super! Tylko się teraz nie zatrzymuj. Idź po medal, wodę, batony, napój izotoniczny i folię termiczną. Nie siadaj, tylko idź do swoich kibiców i zrób sobie zdjęcia, to są najlepsze pamiątki, nawet jeśli nie wyglądasz na nich dobrze. O to chodzi! Masz wyglądać jakby Cię ktoś przeżuł i wypluł, takie fotki są najlepsiejsze.

Mój pierwszy półmaraton, wyglądałam na koszmarnie zmęczoną, ale pomimo czasu 2:21 byłam z siebie zadowolona :)
A potem idź do domu, zjedz dobry obiad, napawaj się swoją zajebistością i spędź dzień jak chcesz :)


niedziela, 15 marca 2015

Jak utrzymać motywację do biegania.

Zaczynasz biegać. Po jakimś czasie, nie wiedząc dlaczego, zaczyna Ci się to podobać i Twoje treningi są coraz częstsze, bardziej regularne, czujesz swój progres i chcesz to robić coraz lepiej. Masz lepsze samopoczucie, chęć do życia, lepiej znosisz stres i mniej się denerwujesz. Uwielbiasz to błogie uczucie po bieganiu, ten spokój i tę energię, którą Ci daje. Coraz częściej łapiesz się na myślach, że masz chęć pobiegać właśnie w tym momencie.
Jednak czasem przychodzi taki moment, kiedy ten zapał słabnie. Nie masz ochoty wyjść na trening i znowu się męczyć. Przestajesz widzieć sens biegania. Robisz sobie wymówki, bo przecież nie masz czasu, musisz jeszcze dziś zrobić tysiąc innych rzeczy i dopada Cię zmęczenie.
I teraz najsmutniejsze co możesz zrobić, to się poddać. I chociaż ciągle myślisz, że chcesz biegać regularnie, bo przecież to dobrze na Ciebie wpływa, to jakoś nie możesz się zmusić, bo dopadł Cię leń.


Trudno jest pozbyć się lenia na stałe. On zawsze wraca. Ale jest parę sposobów, żeby zapomnieć o nim na jakiś czas, nastawić się na pracę i walkę.

1. Kalendarz.
Kiedy zapisuję się na zawody, zaznaczam wielką czerwoną kropką "dzień zero" w kalendarzu, wieszam na ścianie i odliczam dni. Nic tak nie motywuje, jak świadomość uciekającego czasu, kiedy wiesz, że jeśli nie ruszysz pupy teraz, to później sobie nie poradzisz. Jest takie powiedzenie "im ciężej na treningu, tym łatwiej na zawodach".

2. Plan treningowy.
Również wieszam go na ścianie i stale przypomina mi o konieczności ruchu. Wtedy nie zastanawiam się czy iść na trening, czy może nie. A może jutro, a może za dwa dni, a może już nigdy (?). Z planem jest łatwiej ogarnąć myśli. Wiadomo - plan można modyfikować, zmieniać ze względu na różne przypadki, ale przynajmniej wiesz co masz robić.

3. Uczucia.
Kiedy siedzę sobie w ciepłym pokoju z kubkiem gorącej herbaty i czytam ciekawą książkę, a za oknem pada deszcz, to ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę jest właśnie bieganie. Czas mija, a ja wiem, że zaraz muszę wstać, przebrać się, rozgrzać i wyjść na tę "przepiękną" aurę. Więc wstaję, przebieram się, rozgrzewam i wychodzę. Dlaczego? Bo wiem, że po bieganiu będę się czuła o wiele lepiej niż teraz i po każdym treningu staram się dokładnie zapamiętać to uczucie. A tak na marginesie: w trakcie deszczu i brzydkiej pogody jest mniej ludzi na chodnikach i ulicach, co ułatwia poruszanie się i nie trzeba biegać slalomem. Poza tym wtedy mam mniej obaw, że niespodziewanie wpadnę na jakiegoś rolkarza, rowerzystę czy niesforne dziecko (a te uwielbiają się pałętać pod nogami (nie, żebym nie lubiła dzieci, ale wiecie o co mi chodzi :)) ).

4. Wizualizacja.
Kiedy biegnę, myślę o różnych rzeczach, ale zwykle nie jest to nic specjalnie określonego. Droga szybciej i przyjemniej mija, kiedy głowa jest zajęta czymś konkretnym. A kiedy jestem już zmęczona i mam ochotę odpuścić, myślę o wyścigu i o mecie. Wyobrażam sobie jak ją przekraczam i to mi dodaje sił.

5. Ludzie.
Znajomi, przyjaciele, blogerzy i inni biegacze. Jak popatrzę co wyczyniają na Endo, sama mam ochotę wskoczyć w buty i biec. "O nie! Ona przebiegła dzisiaj 12 kilometrów? W godzinę? Ja jej pokażę co JA mogę!" Czy coś w tym stylu :).

6. Literatura i prasa.
Uwielbiam czytać biografie sportowców. Utwierdzam się wtedy w przekonaniu, że upór, ciężka praca i wysiłek to najlepszy sposób na spełnianie marzeń. Książki i gazety o biegowej treści pomagają dogłębnie wniknąć w temat, poszerzyć swoje wiadomości, wyrobić sobie zdanie na pewne tematy i oczywiście motywują do dalszych starań.


Jak Wy się motywujecie?
Pozdrawiam!

piątek, 6 lutego 2015

Nowe wyzwania.

Otwieram jedno oko. Jest 7:15. Zamykam. Mówię do siebie "Nie myśl o tym tyle, tylko to zrób, to przecież takie proste". "Niee, tak bardzo mi się nie chce...". "No to leż i zmarnuj cały dzień". "No dobra". Zaczynam się zastanawiać, czy ten budzik kiedykolwiek zadzwoni. A może nie? Będę mogła spać dalej. Ale zadzwonił. 7:30. Otwieram oczy, podnoszę głowę. "Teraz albo nigdy". Wstaję. Asia patrzy na mnie jak na idiotkę, z miną w stylu "A nie mówiłam?" i uśmiecha się z niedowierzaniem. Z na wpół zamkniętymi jeszcze oczami wybieram ubrania z szafy i drepczę do łazienki. Spojrzenie w lustro, "Omg, co ja robię, przecież tak tego nie lubię". Ale jak trzeba to trzeba, sama tego chciałaś, teraz płać za swoje wczorajsze lenistwo. "OK, wystarczy tylko ubrać buty i zacząć machać nogami". "Jak nie dziś, to nigdy ci się nie uda". Robię parę skłonów i parę wymachów, na więcej nie mam siły. Biorę dwa gryzy batona energetycznego zamiast śniadania. Śniadanie będzie nagrodą za wykonaną pracę. Ubieram buty. Wychodzę. Nie wiem ile jest stopni, ale na pewno poniżej zera. Włączam Garmina, czekam na sygnał. Jest... I zaczynam machać nogami. "Ej, wcale nie jest tak źle". "Całkiem dobrze ci idzie, chociaż jeszcze dokładnie się nie obudziłaś". Mija parę minut, w tym czasie zauważam parę zdziwionych spojrzeń w swoją stronę. Dobiegam na Błonia. "No, jeszcze pół godziny i będzie po wszystkim, poradzisz sobie". Biegnę dalej. Mijają kolejne minuty, przez długą prostą walczę z wiatrem, w ciągu całego okrążenia spotykam może ze 4 biegnące osoby, w tym jednego wariata w krótkich spodenkach. Minęło 37 minut. Dobiegam do kamienicy, w której mieszkam. "Już? Tak szybko? Najlepszy moment dnia już za mną?". Zdyszana, szczęśliwa, wchodzę po schodach. Taka mała rzecz, a cieszy. Dziś wygrałam. Sama ze sobą. Zabiłam lenia, chociaż na te 5 minut. I choć to nie był żaden mocny trening, tylko zwykła przebieżka na parę kilometrów, to i tak dostałam to, co chciałam: energię. Taką, którą daje bieganie i w ogóle jakikolwiek ruch. Bo jeśli go nie ma, to świat wokół jest jakiś taki...jałowy. Dzięki aktywności fizycznej życie nabiera barw, jest weselej. Każdy ma swoją porę, jedni wolą ćwiczyć rano, inni wieczorem. Ja należę raczej do tych drugich, ale zmiany czasem też są potrzebne. Kto wie? Może zacznę biegać rano i będę jedną z tych biegających rozentuzjazmowanych fejsbukowych dziewczyn zagrzewających do codziennej walki ze swoimi słabościami? Nigdy nic nie wiadomo :)
Pozdrawiam!

sobota, 24 stycznia 2015

Co lubię w biegach ulicznych?

Ostatnio coraz częściej napadają mnie myśli na temat, czy bieganie rzeczywiście ma sens, czy warto jak idiota ganiać w deszczu czy śniegu z narażeniem zdrowia, z ryzykiem skręcenia kostek i zniszczenia sobie kolan, czy pobijanie swoich życiówek prowadzi do czegoś konkretnego, po co mi to i na co. Czy opłaca się kilka razy w tygodniu męczyć i pocić tylko po to, żeby kiedyś, za parę odległych tygodni wystartować w biegu ulicznym pośród innych idiotów. Czy to ma jakikolwiek sens? No nie ma.
A może ma?
No pewnie, że ma! Przecież ja uwielbiam te biegi, bo:

1. Atmosfera: ten kto nigdy nie "wystąpił" w biegu ulicznym i nie poczuł tego, nie zgadnie o co mi chodzi. Tłum biegaczy, każdy ma jakieś marzenie i cel, przed startem cisza i skupienie, potem to napięcie trochę opada, ludzie, których nie znasz zagadują do ciebie, uśmiechają się. Kiedy nie masz sił, nagle znajduje się ktoś, kto klepie cię po pleckach i mówi "dawaj, dasz radę". Ktoś inny poratuje cię wodą, albo złapie dla ciebie banana. Właśnie o to chodzi w amatorskim bieganiu, robisz to dla satysfakcji, dzielisz z kimś swoje pasje. Czasami można się pościgać, ale zazwyczaj jest to wyścig z samym sobą i swoimi słabościami.

2. Kibice: Klaszczą ci właściwie za nic, bo po prostu sobie biegniesz, machają, przybijają piątki, wołają, trzymają dziwne motywujące tablice...Masz wrażenie, że oni też to czują. Zwłaszcza jeśli na trasie ustawisz sobie kogoś bliskiego i odliczasz ile kilometrów ci zostało, żeby go spotkać i tak egzystujesz od spotkania do spotkania (jak na przykład ja na maratonie w maju) i wiesz, że ktoś będzie czekał na ciebie na mecie. Masz kogo przytulić i masz się komu pożalić, że cię wszystko boli.

3. Rozmowy: Na zawodach biegam bez słuchawek na uszach, wolę mieć lepszy kontakt z otoczeniem, ale czasami się nudzę i przysłuchuję się rozmowom innych biegaczy (tak wiem, to wścibskie, ale cóż poradzić). Na przykład ostatnio, Biegacz do Biegaczki: "Ty wiesz? Jak tyle osób biegnie w jednym miejscu, to Ziemia się szybciej kręci!". No aż się zaśmiałam pod nosem :)

4. Punkty odżywcze: są jak oaza na pustyni, jak zbawienie, pojawiają się znikąd i zbyt szybko się kończą. Na zwykłym samotnym wybieganiu nie postawisz sobie co 5 km stołów z wodą, izotonikiem, bananami i czekoladą. Czasami zdarza mi się myśleć tylko o tym, kiedy będzie następny punkt i trzymam się tej myśli, jak tonący brzydkiej.

5. Meta: wymarzona, oczekiwana i upragniona meta. Zwykle stawiają ją trochę za daleko jak na mój gust, no ale nic z tym nie zrobię niestety. A jeśli uda się wpaść na nią w zakładanym czasie, następuje wybuch radości, płacz i szczęście, aż do wymyślenia sobie kolejnego celu.

A wy? Co lubicie i dlaczego startujecie?

wtorek, 6 stycznia 2015

Cele, plany, marzenia...

Ja wiem, że to głupie robić postanowienia noworoczne i ja wiem, że większość takich postanowień kończy się czasem już w chwili ich wymyślania, a przynajmniej w ten cały niebieski poniedziałek 3 tygodnie po Nowym Roku.
Ale przecież biegowe postanowienia idealnie wpisują się w koncepcję S.M.A.R.T (cel ma być prosty, mierzalny, osiągalny, istotny i określony w czasie).


Moje postanowienia biegowo-noworoczne podzieliłam sobie na 3 części:

1.Plany: Mam zaplanowane na razie 3 starty. Jakoś tak mam, że lubię startować w tych samych biegach co roku, tak z sentymentu. A poza tym jeśli trasa jest taka sama, to porównywanie swoich wyników jest bardziej miarodajne, bo wiadomo, że są trasy "szybsze" i "wolniejsze", to zależy zwłaszcza od ukształtowania terenu. Zatem:
-22 marca Półmaraton Marzanny
-19 kwietnia Cracovia Maraton
I nowość, coś czego jeszcze nie próbowałam, czyli Runmageddon Classic Warszawa 9 maja. To jest bieg na dystansie 12 km, ale dystans raczej tu nie gra roli. Do pokonania ma być ponad 40 przeszkód, jakieś tam ściany, zasieki, jeziora, opony, stogi siana... Liczę na to, że jakoś dopełznę do mety :D.
Planuję jeszcze pobiec gdzieś na 10 kilometrów.

2.Cele: Moim celem jest regularna aktywność fizyczna i nie chodzi mi tylko o bieganie, muszę się jakoś przygotować do tego runmageddonu ;D. Wzmocnienie mięśni wychodzi tu na pierwszy plan. 1 stycznia usiadłam z kartką papieru i rozpisałam ćwiczenia na każdy dzień tygodnia. Mam postanowienie, żeby podciągnąć się chociaż raz (!) i przebiec w tym roku 2000 km i... zrobić szpagat.

3.Marzenia: Moim marzeniem jest (tak jak w 2014) pobicie wszystkich swoich dotychczasowych rekordów. Hmmm dam radę? Nie wiem, ale chcę spróbować. Kusi mnie 3:59 w maratonie, dam sobie na to 2 próby. Wiosenną (zostało 15 tygodni), a jak nie wyjdzie to poszukam jakiegoś jesiennego, może w Warszawie?
Wiosenną połówkę chcę zaliczyć z czasem poniżej 1:50, co nie udało się w październiku. Zostało 11 tygodni, będę walczyć!
Ale 10 km też nie zostawię w spokoju. Czy 48 minut może być w zasięgu moich nóżek? Planuję to sprawdzić w okolicach czerwca :)

Pozdrawiam!

niedziela, 19 października 2014

Dlaczego aktywność fizyczna jest taka ważna?

Odkąd pamiętam, zawsze co najmniej parę razy w tygodniu miałam zapewnioną dawkę ruchu. W podstawówce WF, na którym nie było takiego obijania się, jak w późniejszych latach. Tam nauczyłam się większości ćwiczeń i jeździłam na zawody lekkoatletyczne, był nawet lekki stres i emocje. Potem przez 5 lat tańczyłam w zespole ludowym, gdzie kondycja była równie potrzebna jak podczas biegania (noo, może nie aż tak, ale była). A potem zaczęłam biegać i moje życie zaczęło się zmieniać.
W każdym razie nie przypominam sobie momentu w moim życiu, kiedy nie ćwiczyłam regularnie i nie przebierałam się w strój sportowy parę razy w tygodniu z zamiarem pracy nad sobą, chociaż wtedy tak o tym nie myślałam.

Jednym z moich ulubionych zajęć po przyjściu ze szkoły w okresie gimnazjum/liceum było oglądanie programów telewizyjnych, gdzie pokazywali osoby super-otyłe ważące 200 kg, które postanawiały zrobić coś ze sobą i zgłaszały się do dietetyków, lekarzy i trenerów, którzy mieli pomóc im schudnąć. Dawali im diety i zestawy ćwiczeń, kontrowali wszystkie poczynania i wpadki, a potem przez parę tygodni lub miesięcy pokazywano ich przemianę: wszystkie zgubione kilogramy i centymetry, poprawiające się zdrowie i nastrój tych osób. I chociaż zmiana sposobu żywienia miała na to ogromny wpływ, to jednak dużą rolę odgrywała aktywność fizyczna, która z poziomu zerowego (jedynie krążenie między lodówką a kanapą i jeżdżenie wszędzie samochodem) nagle wzrastała do kilku godzin codziennych i konkretnych ćwiczeń. Sama dieta i ograniczenie ilości spożywanych kalorii nie dałaby takich rezultatów.
Tylko dlaczego? Dlaczego wszystkie portale motywujące co ćwiczeń i zdrowego trybu życia z każdej strony bombardują informacjami, że dieta to nie wszystko (chociaż i tak sporo), ale trzeba w końcu ruszyć ten leniwy tyłek?

Ano dlatego, że:
-regularna aktywność fizyczna wydłuża życie i zapobiega chorobom cywilizacyjnym, takim jak otyłość, cukrzyca typu 2., miażdżyca, choroby serca, nadciśnienie.
-wzmacnia mięśnie, stawy, ścięgna i więzadła, powoduje zwiększenie gęstości kości, co zapobiega osteoporozie.
-dzięki ćwiczeniom skóra jest elastyczna i ujędrniona, ładniej wygląda.
-aktywność fizyczna kształtuje wygląd sylwetki.
-może być pomocna w leczeniu depresji.


A dla mnie najważniejszą zaletą jest to, że regularne uprawianie sportu polepsza samopoczucie. I to jest prawda. Człowiek czuje się bardziej pewny siebie, odporny na stres, nie przejmuje się głupotami, mniej narzeka, częściej mu "się chce" niż nie chce, ma lepszy humor, ochotę do życia. Widzę to sama po sobie, gdy po ciężkim dniu, nawet jak nie mam ochoty na nic, przebieram się w ubrania biegowe i zaczynam się rozgrzewać, pojawia się uśmiech i wewnętrzny spokój. A po treningu, podczas rozciągania, wytwarza się masa pozytywnych myśli i chęci do działania.

A na zawodach czasem to już euforia, zwłaszcza po przekroczeniu mety.
Więc jeśli czujesz się smutny, nie kupuj kolejnej czekolady. Idź na spacer, na rolki, na siłkę albo idź pobiegać, to naprawdę pomaga, nie kłamię :) Wystarczy parę razy spróbować.

Pozdrawiam!

czwartek, 25 września 2014

Kiedy motywacja zanika...

Czasami zdarzają się takie dni, kiedy wszystko wydaje się być beznadziejne i bez sensu. Ma się ochotę zjeść wór słodyczy i rzucić to wszystko w cholerę. Przestać biegać, ćwiczyć, nie zwracać uwagi na to co się je, leżeć cały dzień przed kompem i oglądać seriale, albo głupie filmy, które nic nie wnoszą. Odciąć się od wszystkiego i wszystkich, zamknąć się w pokoju i nie wychodzić. Bo wszystko jest bez sensu, bieganie jest bez sensu. Jest nudne, głupie, monotonne, męczące, niewygodne, uciążliwe... Trzeba się specjalnie ubierać, założyć wszystko po kolei, top, leginsiki, koszulkę z krótkim, koszulkę z długim, skarpety, buty, zawiązać sznurówki dwa razy, pasek od pulsometru (najbardziej niewygodna rzecz na świecie), zegarek. Upiąć włosy, pamiętać żeby zmyć makijaż, bo jak nie, to po biegu wygląda się jak potwór (raz nie zmyłam i jak potem spojrzałam w lustro to... o borze jak ja wyglądam, ludzie mnie widzieli). Trzeba się rozgrzewać, bo przecież nie można wyjść bez rozgrzewki. A potem czekać godzinami na ten głupi sygnał GPS, bo przecież bez niego nie biegam. I wyjść na to zimno i wiatr, a czasem wstrętny deszcz. A po bieganiu robienie tego całego rozciągania i potem zdejmowanie przepoconych rzeczy, prysznic, okropne i dłuuugie rozczesywanie kłaków. I wrzucanie treningu na Endo i liczenie, i kalkulowanie, że tu mogłam pobiec szybciej, a tam wolniej, inną trasą, zrobić więcej km. I te bolące w nocy kolana... Same wady.


Ale potem budzę się następnego dnia i myślę: jest super. Jest pasja, jest coś co robię, czego inni nie robią. Mam do czego uciec, mam gdzie wyrzucić swoje żale, swoje zmęczenie, swoje stresy. Kiedy biegnę, czuję że żyję, czuję wiatr we włosach, powietrze w płucach, oddycham głęboko, krew szybciej krąży, patrzę w gwiazdy, zamykam oczy i się uśmiecham. I już wiem po co to robię. Wiem, że to nie jest bez sensu. Właśnie dlatego: żeby każdego dnia pomyśleć o tym uczuciu i uśmiechnąć się. Wstać z kanapy i zrobić coś dla siebie, coś ważnego i dobrego. Bieganie właśnie takie jest: przed treningiem nic mi się nie chce, chcę zostać w domu i poleżeć, a po: mam energię, siłę i dobry humor. Wiadomo, to nie przychodzi od razu, na ten moment trzeba czasem długo czekać. Ale w końcu po kilku tygodniach, miesiącach pracy przychodzi ten dzień, kiedy okazuje się, że treningi i dieta jednak dają rezultaty, mięśnie wzmacniają się, szybciej regenerują, płuca już się tak nie męczą, a tętno zwalnia.

I nie zawsze jest tak kolorowo jak na zdjęciach, ale warto wierzyć, że uda się osiągnąć cel. I właśnie ten cel powinien być największą motywacją. Ja jeszcze go nie osiągnęłam, ale wspinam się, a widoki są świetne :)

Pozdrawiam :)

piątek, 5 września 2014

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu - Haruki Murakami


W głowie tyle pozytywnych myśli, a tak ciężko mi ubrać je w słowa. Właśnie skończyłam czytać książkę japońskiego pisarza Harukiego Murakamiego pt."O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Czytało się ją lekko i zawierała właśnie to, co najbardziej potrzebowałam - motywację. Żadnych porad na temat techniki, sprzętu, żywienia i treningów, a pełno swobodnie płynących refleksji. Krótko mówiąc, jest to pamiętnik człowieka, który w pewnym momencie swojego życia postawił wszystko na jedną kartę, by oddać się pisaniu, a bieganie, które na początku traktował jako narzędzie do utrzymania dobrej kondycji, później zaczęło znaczyć dla niego o wiele więcej.
"Bieganie, na równi z trzema posiłkami dziennie, snem, sprzątaniem i pracą, weszło na stałe do mojego rozkładu dnia. Gdy stało się czymś naturalnym, przestałem się wstydzić, że biegam. Chodziłem do sklepów sportowych kupować sportowe stroje i porządne obuwie, odpowiednie do tego, co robiłem. Kupiłem także stoper i podręcznik dla początkujących. Właśnie w taki sposób człowiek staje się biegaczem."
Czasami miałam wrażenie, że pan Murakami siedział kiedyś w mojej głowie i pisał tę książkę odczytawszy moje własne przemyślenia na temat biegania. Czytam i mówię sobie w duchu "faktycznie tak jest!". Sądzę, że ktoś, kto nie lubi biegać i nie ogarnia po co ktokolwiek chciałby się tak bezcelowo męczyć, po przeczytaniu tej książki mógłby przybliżyć się do zrozumienia tego, co dzieje się w głowie biegacza i to nie tylko podczas biegu. A biegacz mógłby sięgnąć po nią w trakcie kryzysu i utwierdzi go ona w przekonaniu, że to, co robi, jest słuszne i warte ciężkiej pracy.
"Moim zdaniem część z nas biega wcale nie dlatego, że chce żyć dłużej, ale dlatego, żeby przeżyć życie najpełniej. Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle. Moim zdaniem bieganie bardzo w tym pomaga"
Murakami jest cierpliwy, wytrwały i uparty w dążeniu do celu. Sama chciałabym być kiedyś właśnie takim biegaczem. Ustalić jasne, proste zasady i nie zmieniać ich w trakcie treningu, gdy zabraknie chęci i motywacji, tylko kurczowo się ich trzymać. 


Autor podkreśla również to, że niestety bycie długodystansowcem to często przebywanie w samotności przez długi czas oraz to, że pomimo skrupulatnie wykonywanej pracy nie zawsze jesteśmy w stanie osiągnąć swój cel. Momentami robiło się smutno, ale myślę, że napisał to dlatego, że nie jest już młodym człowiekiem i w jego wieku trudno jest pokonywać własne rekordy. Chciałabym kiedyś mieć za sobą 30 lat biegania, co roku biec przynajmniej jeden pełny maraton i cieszyć się takim zdrowiem i kondycją.
"Bieg w otoczeniu rywali działa mobilizująco. Czuje się to zabawne uczucie już na starcie, gdy czeka się wśród innych biegaczy na okrzyk "Start!", a potem, nim człowiek zdąży się zorientować, instynkt współzawodnictwa bierze górę."
To lektura nie tylko o bieganiu, ale również o pasji i odwadze wykonywania w życiu tego, co się kocha. Na pewno nie wyląduje z irytacją na mojej półce, tylko kiedyś z przyjemnością przeczytam ją jeszcze raz. Oczywiście z chęcią wypożyczę, jeśli ktoś ma ochotę :)

Pozdrawiam :)

czwartek, 10 lipca 2014

I jak tu nie biegać!

W poszukiwaniu motywacji sprawiłam sobie prezent na urodziny i zakupiłam książkę Beaty Sadowskiej "I jak tu nie biegać!". Już po sesji (zdana!), więc w końcu mam czas na czytanie :)

Słyszałam wiele dobrych opinii o tej książce i nie zawiodłam się, bo znalazłam to, czego szukałam. Ona naprawdę jest pełna radości, optymizmu i szczęścia płynącego z biegania. Autorka szczerze to kocha i myślę, że po przeczytaniu tej książki nawet ktoś, kto nie biega mógłby przekonać się do tego sportu.
Pani Beata, która kiedyś nie znosiła biegać, teraz ma na koncie 12 maratonów w najróżniejszych zakątkach świata oraz wiele innych biegów na krótszych dystansach. Szczerze jej tego zazdroszczę, sama chciałabym w przyszłości pobiec w Nowym Jorku, San Francisco albo w Tokio. W książce poruszone zostało wiele bliskich mi tematów, autorka zwróciła szczególną uwagę na biegające kobiety, co również mi się spodobało. Nie jest to typowy poradnik dla biegaczy, chociaż w treść wplecione są "wywiady" z trenerem Kubą Wiśniewskim, pomocne zwłaszcza dla początkujących (rady typu: jak dobrać buty, jak się ubrać, co jeść, jak odpoczywać oraz przypomnienie, że trening biegowy to nie tylko klepanie kilometrów, ale także dodatkowe ćwiczenia). Nie jest to również powieść, kompletnie brak w niej chronologii wydarzeń, ja momentami trochę się gubiłam, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Po prostu mnóstwo w niej pozytywnej energii, którą z chęcią wchłonęłam :).
Pani Beata opisuje swoje przeżycia, emocje i przygody, ale też interesujące historie znajomych biegaczy. Wstaje o 5 rano i nie marudzi, bo wie, że za chwilę przeżyje jeden z najfajniejszych momentów dnia (swoją drogą, ja zdecydowanie swój moment mam wieczorem i chyba się do porannego biegania nie dam przekonać). Udowadnia, że nawet mając mnóstwo zajęć, obowiązków, pracy, dziecko można znaleźć czas, żeby realizować swoją pasję. Biegała nawet będąc w ciąży. No i jej też, tak jak każdemu, czasem się nie chce i zbiera się w sobie godzinami, żeby w końcu włożyć buty i wyjść z domu. Ale po paru chwilach już nie żałuje, że ruszyła się z kanapy (choć taka wygodna była).
Pani Beata nie przejmuje się wynikami i zmusiła mnie do głębszej refleksji na ten temat. Ja chyba nie mogłabym biegać bez zegarka, nie mierzyć i nie przeliczać wszystkiego, bo to mnie bardzo motywuje. Im więcej, dalej, szybciej, tym lepiej. A dla niej to wszystko jedno, po prostu cieszy się tym, że biega. I ma też do biegania świetne towarzystwo w postaci synka w wózku i psa.
Pani Beata twierdzi (tak jak i ja), że biegać może każdy. I nie trzeba do tego specjalnych predyspozycji, nowinek technicznych, wyliczeń i szczegółowej wiedzy o treningu. To wszystko przyjdzie z czasem...albo nie :)
Nie chcę zdradzać więcej, po prostu przeczytajcie sami (z chęcią wypożyczę). Polecam tym biegającym i tym niebiegającym też, może zrozumiecie, że bieganie jest fajne, serio :)

Pozdrawiam!