Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie miesiąca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie miesiąca. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 marca 2024

Biegowy miesiąc - luty 2024

Tegoroczny luty okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem. W planach miałam skrupulatne stosowanie się do planu treningowego, ale nie wiedziałam dokładnie jak on będzie wyglądał, ani ile kilometrów mnie czeka. I okazało się, że wcale niemało, rzekłabym nawet, że rekordowo dużo, ale udźwignęłam to i przeszłam przebiegłam przez ten miesiąc prawie bez szwanku.

W pierwszy weekend miesiąca zafundowałam sobie mały hardkor. W sobotę 2.02 odbywała się #500 edycja Parkrun Kraków, więc skoro już powróciłam na Parkrun, to nie mogłam sobie odpuścić takiej imprezy. Musiałam więc wstać rano i pojechać na Błonia, żeby pobiec te 5 km względnie szybkim tempem. I znów mimo potężnego wiatru udało mi się trzymać w okolicach 5:00 min/km, a w rezultacie dobiec w 25:10. Choć myślę, że gdybym ustawiła się trochę bardziej z przodu stawki, to wynik mógłby być już poniżej 25 minut, bo tego dnia na starcie było naprawdę dużo ludzi ze względu na jubileusz, został nawet pobity rekord frekwencji w krakowskim Parkrunie, bo pojawiło się 431 osób (zazwyczaj jest ok. 150-180). Cieszę się, że istnieje taka inicjatywa, jest to bardzo motywujące do tego, żeby raz na jakiś czas spiąć tyłek i pobiec szybciej niż zwykle.


Za to następnego dnia odbyła się kolejna, czwarta już kolejka Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich i ja zmierzyłam się z Ambitną Jedenastką. Po dwóch śnieżnych edycjach (grudniowej i styczniowej) wróciło błotko i walka o życie na zbiegach. Wyszłam z tego cało, ale jednak moja głowa nie pozwalała mi się puścić w to błoto, tylko musiałam zwalniać prawie do zera, przez co traciłam pęd i ciężko było się potem z tego wygrzebać. Ale jakimś cudem nie zaliczyłam jeszcze żadnej wywrotki, więc wybiegłam z lasu całkiem czysta (nie licząc oczywiście butów i legginsów od kolan w dół). 

Dobiegłam z czasem 1:21:54, czyli najlepszym jak do tej pory. Zdaję sobie sprawę z tego, że mogłabym spokojnie uciąć kilka minut, gdybym tylko ogarnęła głowę na błotnistych zbiegach. Ale spoko, jest nad czym pracować w przyszłości.

Tydzień później w sobotę również postanowiłam pojechać na Parkrun, a organizatorzy zachęcali, żeby zabrać na niego swoje “drugie połówki”, bo to była edycja walentynkowa. Jednak moja druga połówka nie dała się namówić, więc mimo mało zachęcającej pogody pojechałam sama i tym razem udało mi się zrobić najlepszy wynik w tym roku, czyli 24:39. Naprawdę już dawno się tak nie cieszyłam ze swoich wyników, kiedy czuję postępy z tygodnia na tydzień.

fot. Fear the return


Mój plan treningowy zakładał 5 jednostek treningowych w tygodniu, w tym jedno dłuższe wybieganie 90-120 minut, 2 razy easy run i 2 razy cięższy lub szybszy trening. Piszę “lub”, bo czasem szybsze treningi nie są dla mnie ciężkie, bo są dość krótkie, np. kiedy jest to 10 minut rozgrzewki i 10 powtórzeń 20-sekundowych sprintów zakończone 10 minutowym truchtem. Uwielbiam takie treningi, bo po trzydziestu minutach jest już po wszystkim i można iść do domu, ale z drugiej strony nie czuję, żeby takie jednostki dawały dużo do wytrzymałości. Do szybkości owszem, bo ćwiczę rytm biegu, technikę, ruch rąk, odpowiednie odbicie itd. 

Za najcięższe uważam biegi tempowe, ale jest to coś, po czym odczuwam największy progres jeśli chodzi o wytrzymywanie tempa, z jakim chcę pobiec tegoroczny półmaraton. Na przykład w trzeci weekend lutego pojechałam na błonia, żeby zrobić potężny trening interwałowy: 8 x 800m z przerwą 400m. Ten trening dał mi w kość i tak naprawdę nie do końca byłam w stanie utrzymać jego założenia co do tempa, ale i tak czułam się po nim wspaniale psychicznie. Zawsze sobie mówię, że nawet jak teraz nie daję rady, to i tak jakiś mały postęp zawsze się zadzieje. 

Wchodzę teraz w mój ulubiony stan w toku realizacji planu treningowego, kiedy przeszłam już te najgorsze początkowe zwątpienia, kiedy tempo jest coraz łatwiejsze do utrzymania, jest motywacja do treningów i wszystko to jakoś idzie do przodu. Nawet już wyniki nie są najważniejsze, a właśnie ten postęp i trenowanie samo w sobie.

Była też jedna rzecz w lutym, na którą czekałam z utęsknieniem i dreszczykiem emocji już właściwie od roku, kiedy pomysł zakiełkował w mojej głowie. 14 lutego zaczęły się zapisy do losowania na Bieg Ultra Granią Tatr, a 26 lutego ogłoszono listę 300 szczęśliwców na liście startowej i 100 osób na liście rezerwowej. I niestety nie załapałam się na żadną z tych list… Ale spokojnie, i tak będzie trenowanie w tym roku, bo na wrzesień mam plan B i będzie to chyba prawie tak trudne jak BUGT.

Intensywne trenowanie nie pozostało jednak bez konsekwencji. Pod koniec miesiąca złapałam lekką infekcję, więc odpuściłam jeden trening, 2 dni posiedziałam pod kocem z herbatą i na szczęście mi przeszło. 

Luty skończyłam z wynikiem: 203,2 km w 19 h 46 min i z 1031 m przewyższenia. 

Plany na marzec: 10.03 Bieg Kobiet w Krakowie (2 km) i 24.03 Półmaraton Marzanny.

Pozdrawiam!


piątek, 16 lutego 2024

Biegowy miesiąc - styczeń 2024

Od tego roku zacznę się z Wami dzielić podsumowaniami miesiąca, tak jak to było kiedyś. Lubię opowiadać o swoim bieganiu, ale nie chcę “maltretować” tym ludzi w moim otoczeniu, dlatego zostawiam to tutaj na blogu, dla siebie i dla osób, które są ciekawe jak to wygląda.

Styczeń zaczęłam z przytupem od nowego planu treningowego. Takiego jeszcze nie miałam, jest to 12-tygodniowy plan treningowy z aplikacji Garmina, dostosowany pod konkretny czas na Półmaraton Marzanny i zmienia się z tygodnia na tydzień według tego jak sobie radzę. Zawiera różnorodne treningi biegowe, od luźnych “easy runów” po cięższe interwały, sprinty i długie wybiegania, co bardzo mi się podoba. Chciałabym powoli wracać do swojej najlepszej formy, by w tym roku chociaż trochę zbliżyć się wynikami do życiówek w półmaratonie oraz na 5 i 10 km. 

W 2024 nie przewiduję płaskiego maratonu po asfalcie (a przynajmniej nie na wiosnę), za to zgłosiłam się do losowania na Bieg Ultra Granią Tatr. Start zapisów był 14 lutego i potrwają one 4 dni do 18.02, a kilka dni później będę wiedzieć, czy mam już zacząć ostro trenować, czy może jeszcze nie.

Co fajnego działo się w styczniu?

W pierwszy weekend miesiąca odbyła się kolejna edycja Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich, a ja już trzeci raz wzięłam udział w Ambitnej Jedenastce. Tym razem mój czas wyniósł 1:22:22, czyli pobiegłam ok. 2 minuty szybciej niż w grudniu przy podobnych warunkach, co było jednocześnie najlepszym wynikiem z tych trzech. Ogólnie mam za każdym razem zbliżony wynik na tej trasie. Jest ona naprawdę trudna, nie jest płasko w zasadzie w żadnym momencie, zawsze jest albo pod górkę albo z górki, a do tego podłoże czasem jest błotniste, czasem kamieniste lub lodowe, a czasem liściaste lub śnieżne, więc zwykle trzeba mocno się pilnować. Końcówka to już w ogóle jest kosmos, fajnie by było zrobić sprint do mety i przyspieszyć ostatni kilometr, ale tu się dosłownie nie da, bo trzeba wdrapywać się pod górę prawie na czworaka, a potem są albo błotne albo śniegowe zaspy. W każdym razie jest fajna zabawa na tym GPK.

Jednym z moich celów/wyzwań styczniowych było spędzenie 30 godzin w ruchu (nie licząc spacerów), czyli na bieganiu, na macie, sali treningowej lub na siłce. Wobec tego w dni kiedy nie biegałam, chodziłam na trening uzupełniający lub dodatkowe cardio do fitness klubu, ale zdarzało mi się też robić bieganie i siłkę jednego dnia. Do trzydziestu godzin nie dobiłam, ale było to 23h i 5 minut. Dla porównania standardowo spędzałam ok. 15-16 godzin miesięcznie na treningach, więc to i tak więcej niż zwykle. Ale spodobało mi się to kręcenie dodatkowego cardio, można się trochę rozluźnić i przy okazji przesłuchać dodatkową książkę.

W ostatni weekend stycznia przypomniałam sobie o Parkrunie i postanowiłam sprawdzić swoją formę po 4 tygodniach trenowania z planem. Pech chciał, że tego dnia szalał potężny wiatr, taki co praktycznie nakazuje biec w miejscu, więc na starcie wybiłam sobie z głowy szybkie bieganie. Zaczęłam więc spokojnie i na luzie, z tyłu stawki, jednak w trakcie zaczęłam wyprzedzać poszczególne osoby, a na odcinku z wiatrem biegło mi się tak dobrze, że postanowiłam spróbować utrzymać to tempo również na ostatniej prostej, czyli tam gdzie 1,5 km było pod wiatr. Zwolniłam nieznacznie, ale i tak wciąż wyprzedzałam biegaczy aż dotarłam na Cichy Kącik, czyli na metę Parkrunu. Zdziwiłam się wynikiem na mecie, bo zegarek pokazał 25 min i 5 sekund, czyli ponad pół minuty szybciej niż na Parkrunie miesiąc wcześniej, a wcale jakoś bardziej się nie zmęczyłam. Pomyślałam sobie wtedy, że jednak może moje treningi faktycznie przynoszą rezultaty i trzeba po prostu je robić, cierpliwie czekać, a forma w końcu się pojawi. 


fot. z fanpage Parkrun Kraków

Miesiąc zakończyłam godzinką kardio na orbitreku i zamknęłam ze 151 km na liczniku. Mam nadzieję, że luty będzie wyglądał podobnie. 

Pozdrawiam!

czwartek, 8 lutego 2024

Biegowe podsumowanie roku 2023

Lubię pisać podsumowania, kiedy jest CO podsumowywać, więc lecimy z rokiem 2023! W tym roku z biegowej strony mojego życia wydarzyło się całkiem sporo, więc z przyjemnością siadam teraz z herbatką i świeczką, aby wam o tym opowiedzieć.

W styczniu wymyśliłam sobie, że chciałabym kiedyś wziąć udział w Biegu Ultra Granią Tatr, a żeby móc zgłosić się do losowania, trzeba udowodnić, że jest się porządnym biegaczem ultra i zdobyć punkty ITRA. Ja wybrałam opcję, że zdobędę 9 punktów ITRA w 3 biegach (do wyboru było jeszcze 8 punktów w maksymalnie 2 biegach lub 6 punktów w 1 biegu), co oznaczało ukończenie 3 biegów około 60+ kilometrowych z ok. 2000 m przewyższenia. Pozapisywałam się na odpowiednie zawody i to one właściwie zdefiniowały mój rok 2023. Tylko ja nie lubię zamykać się w żadnym pudełku i chciałam startować również w krótszych biegach po asfalcie, na przykład w moim ukochanym Półmaratonie Marzanny. Wobec tego zima i wiosna stały głównie pod znakiem przygotowań do półmaratonu, a gdzieś tam w tle majaczył Bieszczadzki ultra.

Początkiem tego roku postanowiłam powrócić do pisania bloga, czego wynikiem są te wszystkie wpisy. Nie robiłam tego zbyt regularnie, posty czasem wpadały z dużym opóźnieniem, ale i tak się cieszę, że przemogłam się, przełamałam opór i zrobiłam ten krok. 

Zaczęłam też chodzić na siłownię dzięki mojej ulubionej sąsiadce Gabie. Na razie tylko na zajęcia fitness z ciężarami i czasem cardio jako cross training, choć ciągle zbieram się do tego, aby zacząć również coś dźwigać sama (na tej wielkiej sali pełnej chłopów z pięćdziesięciocentymetrowym obwodem bicka). To chyba będzie jeden z celów na 2024:  przełamać opór przed pójściem na siłkę.

W lutym trenowałam do półmaratonu z planem treningowym i zaczęłam się rozkręcać. Biegałam regularnie, uczęszczałam na fitnesy, zrobiłam kilka dłuższych wybiegań i przynajmniej raz w tygodniu robiłam mocniejszy akcent. Widziałam, że to idzie w dobrą stronę, czułam się coraz mocniejsza, a treningi dawały rezultaty.

W marcu kontynuowałam ten plan aż do startu w półmaratonie, o którym można poczytać tutaj. Mimo że nie pobiegłam na zakładany czas, to cieszyłam się z wyniku i z pracy, którą wykonałam mimo przeciwności, jakie pojawiały się w tych miesiącach.


W kwietniu postawiłam przed sobą ambitny cel, aby przekroczyć barierę 200 km przebiegniętych w jednym miesiącu. Poprzednie wahały się w okolicach 130-160 km, a w 2022 często oscylowałam w okolicach 100km w miesiącu, więc 200 to dla mnie naprawdę dużo. Jednak nie chciałam jedynie wyklepać tych kilometrów w spokojnym tempie. Zauważyłam, że o wiele bardziej lubię wychodzić na trening, jak mam do wykonania jakieś zadanie typu interwały. Po marcowym półmaratonie odczułam znaczny wzrost kondycji, tempo w okolicach 5:10 min/km nie było już takim problemem, a interwały robiłam już po 4:30-4:45 min/ km, choć wcześniej było to 5:00-5:10 min/km.

W kwietniu moją głowę zaprzątały 2 rzeczy: start na 10 km 22.04 w Igrzyskowym Biegu Nocnym oraz przygotowania do Ultra Biesa na 65+ km 6.05. Prawdopodobnie jeśli jakiś trener popatrzyłby na moje treningi jednocześnie znając moje cele, to pewnie złapałby się za głowę, bo nie było w tym żadnej metodyki ani głębszych przemyśleń. Po prostu robiłam na co miałam ochotę i siłę danego dnia. Tylko jak jednocześnie pogodzić przygotowania do płaskich 10 km i górskiego ultra? 

Postawiłam głównie na:
-1-2 razy w tygodniu 3-4 minutowe interwały po 5-6 powtórzeń w tempie progowym
-raz w tygodniu dłuższe wybiegania (ok.20 km)
-codziennie 10-15 minutowe ćwiczenia na stabilizację kolan
-wydłużenie standardowych wybiegań z 6-7 km do 9-11 km

Dodatkowo starałam się jak najwięcej czasu spędzać na nogach, między innymi dlatego pod koniec kwietnia pojechałam na Nightskating Kraków, czyli wieczorny przejazd na rolkach środkiem miasta. Nie udało mi się dobić do tych 200 km, zrobiłam ostatecznie 170,25 km, ale to nie szkodzi. I tak to był mój największy objętościowo miesiąc w tym roku.

W maju przebiegłam swój pierwszy od 4 lat ultramaraton, Niezniszczalny Raróg w ramach Ultra Biesa, całą relację z niego można przeczytać tutaj. Po tym biegu musiałam trochę odpocząć, zwolnić, zregenerować się, dlatego przez następujące po nim tygodnie znacznie zmniejszyłam objętość biegów. Ale zaliczyłam też wycieczkę górską z moimi rodzicami, którzy robią sobie Koronę Gór Polski, czyli zdobywają najwyższe szczyty w 28 pasmach górskich. Tym razem padło na Pieniny i ich najwyższy szczyt - Wysoką. Po drodze odwiedziliśmy też Wąwóz Homole i Schronisko pod Durbaszką.

W czerwcu zaczęłam plan treningowy do jesiennego półmaratonu z zamiarem przebiegnięcia go w 1:45, więc wróciłam do regularnych biegów, włączyłam dłuższe wybiegania i szybsze jednostki. Zazwyczaj w okresie letnim biegałam mało, wiąże się to głównie ze zbyt wysoką temperaturą i włączaniem się mojego niechcemisia. Ale tym razem było inaczej, bo w perspektywie kolejnych paru tygodni miałam ultramaraton, który w rezultacie okazał się jednym z najtrudniejszych, a na pewno najdłuższym biegiem w moim życiu.

W lipcu kontynuowałam treningi do półmaratonu, czułam się coraz bardziej w gazie i akurat wtedy, gdy zaczęło mi już iść super dobrze, w połowie lipca na początku treningu, który miał być zwykłym easy runem, coś zakuło mnie w kolanie. Ale nie tak lekko, to był ból uniemożliwiający normalny bieg. Skróciłam to wybieganie i dokończyłam trening powolutku w tempie 7:00 min/km, ale w głowie został mi niepokój. Za niecałe 3 tygodnie miałam górski ultramaraton, jak miałam go zrobić z takim bólem kolana? Na szczęście to nie była poważna sprawa, właściwie w parę dni mi przeszło i mogłam powrócić do “normalnego” biegania już wkrótce. W ramach treningu zrobiłam też dwie wycieczki na szczyty górskie z rodzicami, 19 lipca na Babią Górę w Beskidzie Żywieckim oraz 28 lipca na Lackową w Beskidzie Niskim.

W sierpniu przyszedł czas na kolejny sprawdzian dla głowy, który okazał się nim w istocie. Całą relację z Magurskiego Ultra możecie przeczytać tutaj. Mimo że przetyrał mnie ten bieg strasznie, to wylizałam się po nim dość szybko i 4 dni później byłam z powrotem na treningu. Kiedyś dochodzenie do siebie po dłuższych biegach zajmowało mi ok. tygodnia, więc jest jakiś progres, ale miał w tym też udział fakt, że ja na tym biegu byłam ostatnia. I nie, żebym jakoś specjalnie się obijała i stąd to miejsce, wręcz przeciwnie. Ale zmotywowało mnie do tego, żeby to się już więcej nie przytrafiło. No i wpadłam na pomysł, żeby last minute wziąć udział jeszcze w jakimś biegu w sierpniu, takim krótszym, żebym mogła się trochę pościgać (sama ze sobą oczywiście) i padło na Limanową X Run Wyspiański Półmaraton. Relację z tego biegu można przeczytać tu. W sierpniu oprócz Magurskiego ultra i Limanowej zaliczyłam jeszcze dwie górskie wycieczki, Na Mogielicę w Beskidzie Wyspowym i Tarnicę, najwyższy szczyt polskich Bieszczad.

We wrześniu wpadł nam do głowy pomysł (mi i Erykowi), żeby wyjechać gdzieś na chwilę i nie mogliśmy się zdecydować, do jakiego miasta w Europie polecieć, więc pojechaliśmy do Zakopanego. Chciałam pokazać mu kilka moich ulubionych szlaków, więc byliśmy na Gęsiej Szyi, dzień później wdrapaliśmy się na Świnicę, pierwszy raz w życiu jechałam kolejką na Kasprowy, a w ostatni dzień zaliczyliśmy jeszcze Sarnią Skałę. Same zwierzęce szczyty. Tydzień po przyjeździe z gór pojechaliśmy z Erykiem na Runmageddon do Dobczyc, bawiliśmy się super, a przeczytać można o tym tutaj. We wrześniu biegałam trochę mniej, to był mój najmniej obfity w kilometry miesiąc w tym roku, bo było ich 81,2. Mimo to zrobiłam kilka naprawdę fajnych treningów, bo czekał na mnie jesienny półmaraton. Nie przygotowałam się do niego w 100%, ostatecznie chciałam po prostu wystartować i dobrze się bawić i każdy wynik poniżej 2 godzin brałam w ciemno.

W październiku przyszedł czas na Cracovia półmaraton i relację z tego biegu napisałam tutaj. Pierwszy raz od tylu lat na Cracovii wbiegałam na Tauron Arenę zadowolona z wyniku i na tym specyficznym biegowym haju, który często się nie zdarza. A to po części też zasługa Roberta i Wojtka, dzięki którym nie odpuściłam w połowie trasy i trzymałam tempo. Po krakowskiej połówce chwile odpoczęłam, ale nie mogłam sobie pozwolić na zbyt duże odpuszczanie, bo wiedziałam, co czeka mnie następnie…Łemkowyna Ultra Trail na 70 km. Z jednej strony miałam pewne obawy przed tym biegiem, jak to zwykle przed ultra, nigdy nie wiadomo co się wydarzy, ale jednocześnie też byłam spokojna, bo wierzyłam, że co by się nie działo, to sobie z tym poradzę. Relacja z tego biegu się pisze i będzie gotowa już niedługo. Po łemko niestety musiałam zrobić ponad tydzień przerwy ze względu na moje stopy, które nieźle się wtedy wycierpiały. W ostateczności straciłam 3 i pół paznokcia, miałam kilka odcisków, ale “zakwasy” nie były aż tak potężne jak się już do nich przyzwyczaiłam. Z każdym biegiem ultra jestem w coraz lepszym stanie przez dni następujące po nim.

W październiku natrafiłam też na facebooku na reklamę Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich, czyli cyklu pięciu biegów w Lasku Wolskim odbywającym się od listopada do marca. Moje zastanawianie się, czy dołączyć do tego wydarzenia trwało jakieś 7 minut i zapisałam się na Ambitną Jedenastkę. Myślałam też nad trasą 22 km, ale po krótkiej analizie stwierdziłam, że 11 będzie fajną konkurencją, nie będę się aż tak stresować, po 11 jest szybsza regeneracja itd. Ale 22 też kusiło, bo przecież to by było super jako niedzielne dłuższe wybieganie i od razu w trudnym górskim krakowskim terenie. 

Nadszedł listopad, a wraz z nim pierwszy bieg z cyklu GPK, który sprawił mi niemałą radość, bo można było znów poczuć się jak dziecko taplające się w błotku. Nie miałam żadnych oczekiwań, planów czasowych, chciałam po prostu sprawdzić jak to wygląda, bo słyszałam o tym biegu już od kilku lat i byłam ciekawa. Błotne kałuże, błotne zjeżdżalnie, błotne podejścia - tak w skrócie wyglądał ten bieg. W połowie listopada jako jedno z dłuższych wybiegań postanowiłam zrobić wycieczkę pod Kopiec Kościuszki. Tam jest taki długi 1,5 kilometrowy podbieg, bardzo męczący, a moim postanowieniem było nieprzechodzenie do marszu i zrobienie całości biegiem. Wbiegłam tam 4 razy i wymęczyłam się okrutnie, ale też byłam usatysfakcjonowana, że nie poddałam się po pierwszym podbiegu, choć miałam na to ochotę.

18 listopada odbył się Bieg Lovelas i w jego ramach wystartowałam w Dyszce Van Berde. Zdobyłam 3 miejsce open wśród kobiet, co dało mi mega motywację i radość, bo pierwszy raz na Lovelasie stałam na podium, choć brałam udział już 6 razy. Listopad przetrenowałam sumiennie, starałam się nie odpuszczać, nie marudzić, tylko regularnie biegać.

I przyszedł grudzień, a wraz z nim zima i drugi start w GPK. Tym razem zamiast błota przywitał nas las z półmetrową warstwą śniegu. Było trudniej i w tych miejscach, gdzie ostatnio dało się całkiem normalnie biec, tym razem nie było to takie proste, ale z drugiej strony tam gdzie w listopadzie były błotne zjeżdżalnie i okopy, to tym razem dzięki warstwie śniegu można było przebiec tamtędy bez tańczenia i potykania się o własne nogi. Mimo to czas miałam trochę gorszy. Chciałam w grudniu trenować intensywnie i przez pierwsze 2 tygodnie ćwiczyłam prawie codziennie. 16 grudnia wyszłam na luźne bieganie i miałam w sobie tak dużo siły, że zamiast biec w okolicach 6:00 min/km, zrobiłam 6 km po 5:16 min/km. Wróciłam super zadowolona, wieczorem poszłam na imprezę urodzinową. No i po 10 dniach bez przerwy w treningu następnego dnia rano dopadło mnie przeziębienie, co mogłam przewidzieć, bo często tak było, jak nie dawałam sobie odpoczynku. Nie straciłam formy jakoś bardzo, ale nie było to też bez znaczenia, bo takie przerwy zawsze robią jakieś straty.

Przez ten czas oglądałam jak wszyscy biegają i ćwiczą przez święta, z żalem opuściłam wigilijne bieganie Zabieganych dla schroniska w Mielcu, a ja głównie leżałam pod kocem i jadłam cukierki z choinki. Postanowiłam, że zanim pójdę na trening, to wykuruję się w stu procentach, nie chciałam bezsensownie przedłużać sobie choroby zbyt szybkim powrotem, choć bardzo mnie korciło. Moja przerwa trwała 1,5 tygodnia i wróciłam do biegania 27 grudnia. Przypomniałam sobie też, że w październiku zamówiłam sobie tokeny z kodem Parkrun. Parkrun to taki darmowy cykl biegów na 5 km, które odbywają się co tydzień w wielu miastach na całym świecie, a w Polsce jest kilkadziesiąt (na moment kiedy to piszę 94) lokalizacji, w samym Krakowie jest 3. Jak byłam jeszcze na studiach, to brałam w nim udział kilka razy i teraz chciałam wrócić i co jakiś czas sprawdzać swój czas na piątkę. 

I przypomniałam sobie, że zamówiłam te tokeny, a ani razu nie pojechałam na Błonia, żeby pobiec, więc postanowiłam w końcu wstać w sobotę rano i pojechać. Zaplanowałam sobie też, że nadrobię grudniowe kilometry i z powrotem wrócę biegiem (mieszkam daleko od centrum), więc w sumie zrobiłam dłuższe wybieganie z wstawką szybszych 5km. Te półtora tygodnia przerwy zrobiły swoje, bo jedyne co byłam w stanie wyciągnąć to 25 minut i 41 s (średnie tempo 5:09 min/km), czyli prawie 4 minuty gorzej od mojej życiówki. Ale ja wiem, że wszystko to jest do wypracowania. Kiedyś już byłam szybsza i wiem, że jak odpowiednio dużo popracuję, to dotrę do miejsca, w którym chcę być. Ostatniego dnia roku dobiegłam jeszcze 12 km, żeby wyrównać do 100 km w grudniu i tak zakończyłam ten rok pełen wrażeń.

A teraz moje ulubione, czyli statystyki (ze Stravy):

Przebiegłam 1551,1 km w 165h 13m, w tym było 14 794 m przewyższeń.
3 razy zdobyłam miejsce na podium, w tym raz w kategorii open, a 2 razy w kategorii wiekowej K20.
Nie pobiłam żadnej życiówki, ale to nie było w tym roku celem.

Realizacja celów:
-Półmaraton Marzanny poniżej 1:50 - nieosiągnięty, ostatecznie 1:51:01
-Bieg nocny poniżej 50 minut - osiągnięty, ostatecznie 49:36
-Cracovia Półmaraton w 1:45 - nieosiągnięty, ostatecznie 1:52:54
-Pobić czas z zeszłego roku w Dyszce Van Berde - osiągnięty, 59:23
-Ukończyć w regulaminowym czasie 3 ultramaratony - osiągnięty!

Pozdrawiam!

piątek, 9 czerwca 2017

Biegowy miesiąc: maj 2017

Biegowy maj był dla mnie dość dziwny. 
30 kwietnia biegliśmy z Mateuszem Runmageddon Rekrut w Myślenicach, który poszedł nam dosyć dobrze, bo dzięki długim nogom mojego braciszka i temu, że musiałam za nim gonić, bo napierał przed siebie niczym emeryt na promocji, zajęłam całkiem fajne 42 miejsce na 615 wszystkich startujących kobiet. I ani razu nie robiliśmy burpees!
Potem przez 3 dni codziennie rano chodziłam biegać do lasu, miałam mnóstwo motywacji i chęci do wszystkiego. Maj zaczął się wręcz wspaniale.


Na ten miesiąc przewidziałam swój główny start tej wiosny, Wisłok Trail na 30 km, bieg terenowy z Tyczyna do Rzeczowa. Jednak pech chciał, że parę dni wcześniej bardzo się czymś zatrułam, co skończyło się 6-godzinnym pobytem w szpitalu pod pięcioma kroplówkami i wykluczyło mnie z życia na najbliższy tydzień. Nikomu nie życzę takich "przygód". Nie mogłam ani jeść, ani pić, spałam całymi dniami, więc o bieganiu nie było mowy. Straciłam 5 kilogramów w jeden tydzień, więc potem byłam po prostu bardzo osłabiona.

Kolejny trening zrobiłam dopiero 15 maja, a było to tylko lekkie rozbieganie, bo następnego dnia miałam iść na zawody na 1500m. Ja! Na 1500m! Brzmi wręcz niedorzecznie, ale kiedy pani trenerka z AZS-u zadzwoniła do mnie parę tygodni wcześniej, że są zawody - Akademickie Mistrzostwa Małopolski, to od razu się zgodziłam. Byłam zwyczajnie ciekawa, jak sobie poradzę. Nigdy nie biegałam takich dystansów, co najwyżej na 600m w podstawówce, ale to było zupełnie coś innego. Najbardziej stresowałam się tylko tym, że będę ostatnia i wtedy byłabym na siebie zła. Ale pobiegłam! Najpierw we wtorek 16 maja, czas 5:57. Po biegu padłam na ziemię, bo nie mogłam oddychać, płuca paliły niemiłosiernie, a potem przez cały wieczór kaszlałam. Ale cieszyłam się jak głupia, średnia wyszła poniżej 4:00min/km, i co najważniejsze, nie byłam ostatnia, a nawet jeszcze 3 dziewczyny dobiegły za mną (biegło 13). Następny rzut był w poniedziałek 22 maja, tydzień później. Nie spodziewałam się rewelacji, bo miałam za sobą szalony weekend w Warszawie, a do tego zaczęło mnie boleć kolano, więc pobiegłam bardziej na luzie, o ile można nazwać luzem bieg poniżej 4:00min/km. Ku mojemu zdziwieniu, dobiegłam całe 5 sekund szybciej, w 5:52, a czułam się o wiele lepiej i za metą mogłam ustać na własnych nogach.

Końcem maja, w niedzielę 29 odbyła się Mielecka Impreza Turystyczna. Można było wybrać dla siebie jeden z wielu rodzajów rywalizacji (wyścigi rowerowe, biegowe, na orientację) i dystansów. Ja postanowiłam wziąć udział w biegu na 15 km. Było niesamowicie gorąco i cieszę się, że zdecydowałam się pobiec z bidonem na plecach, bo wypiłam cały, pomimo czterech punktów z wodą na trasie. Założyłam sobie, że będę mieć tempo ok. 6:00min/km, prawie się udało i choć miejscami było ciężko, bo nasze mieleckie lasy obfitują w górki, biegło mi się przyjemnie i byłam 4 na 8 kobiet z czasem 1:30:26 :)

foto z fanpejdża Hufiec ZHP Mielec

Plany na czerwiec?
10 czerwca, czyli już jutro startuję w kolejnym Runmageddonie, tym razem na dystansie Classica (12 km, 50+ przeszkód) w Gliwicach. Już się boję co oni tam wymyślą.

Pozdrawiam!

wtorek, 4 kwietnia 2017

Biegowy miesiąc: Marzec 2017

Muszę przyznać, że ten biegowy miesiąc udał mi się w połowie. Bo ilościowo się nie udał, ale startowo udał się bardzo :)

Przebiegłam bardzo mało kilometrów, bo tylko 71. Jest kilka powodów. Jednym z nich jest brak motywacji do długich wybiegań, kiedy stwierdziłam, że krakowska połówka i tak mi nie wyjdzie (na szczęście było inaczej) i po prostu odpuściłam przygotowania. Kolejnym jest moja choroba pod koniec miesiąca, która wykluczyła mnie z biegania na półtora tygodnia, poza tym doszedł jeszcze ból kolana związany ze zbyt obciążającymi poniedziałkowymi treningami na sali, przez który musiałam zrezygnować z biegania w pierwszym tygodniu marca. Ale tak już to jest i trzeba się nie przejmować i brać się w garść za każdym razem, kiedy coś nie wychodzi.

Za to miałam fajne dwa starty:
1. 11 marca "Bieg na maxa dla Maksia" na Górce Cyranowskiej w Mielcu. Bardzo dobrze zorganizowany bieg charytatywny, cała kwota pochodząca z pakietów startowych została przekazana na leczenie chłopca, a zebranych zostało łącznie ponad 5500 zł. Brawo Zabiegani Mielec :)
2. 19 marca 14.Krakowski Półmaraton Marzanny w którym wykręciłam całkiem fajną życiówkę na 21,1 km :)

A w kwietniu czeka mnie jeszcze:
-9 kwietnia Półmaraton Rzeszowski
-30 kwietnia Runmageddon Rekrut w Myślenicach

Pozdrawiam!

niedziela, 5 marca 2017

Biegowy miesiąc: Luty 2017.

Postanowiłam napisać podsumowanie lutego, ponieważ w końcu jest co podsumować :). W porównaniu do poprzednich miesięcy biegałam dużo, aż w końcu wyszło z tego 146 km. Jestem całkiem zadowolona, chociaż oczywiście nie jest to szczyt moich marzeń. Kilka treningów musiałam odpuścić ze względu na smog (właśnie dlatego w styczniu biegałam tak mało). Ja wiem, że nie można popadać w panikę i tak dalej, ale jak normy są przekroczone o 600%, to wolę zostać w domu. A za maską antysmogową chodziłam po sklepach 2 tygodnie i wszędzie się pokończyły. Na szczęście teraz powietrze jest już lepsze. W sensie mniej zgrzyta w zębach.


W lutym miałam 2,5 tygodnia ferii, więc wreszcie nadarzyła się okazja, aby pobiegać więcej po lesie. Głównie z mamą, a biegałyśmy bardzo spokojnie ze względu na niebezpieczne lodowo-śniegowe podłoże. Mimo że Mielec nie ma zwykle zbyt czystego powietrza, czasem jest nawet gorzej niż w Krakowie, to w lesie ma się uczucie jakby się było w zupełnie innym miejscu, gdzieś daleko od wszystkiego.


Kupiłam też nowe buciki do biegania w terenie. Moje czarne Asicsy stanowiły niebezpieczeństwo wylądowania na tyłku za każdym razem, gdy wbiegałam na śliskie podłoże, ale nowe Niubalansy mają bardziej "agresywny bieżnik" i dają radę.
Zrobiłam też kilka dłuższych wybiegań. Mówiąc "dłuższe wybieganie" mam na myśli nawet nie kilometraż, który wynosił kilkanaście kilometrów, ale raczej czas spędzony na treningu. Jedno z takich wybiegań przepłaciłam dużym fioletowym paznokciem, ale takie są uroki biegania.





W marcu mam zaplanowane dwa starty:
-11 marca bieg charytatywny Biegniemy na maxa dla Maksia na 6km w Mielcu na Górce Cyranowskiej.
-19 marca Półmaraton Marzanny w Krakowie. Nie jestem niestety w życiowej formie, jednak bardzo się cieszę, że wezmę udział w tym biegu.

Pozdrawiam! :)


czwartek, 3 marca 2016

Biegowy miesiąc: Luty 2016


Luty z biegowego punktu widzenia zaczął się dla mnie fatalnie. Nie mogłam biegać i chodziłam jak potłuczona, bo bolało mnie to głupie kolano.
Ale 3 lutego jakoś dodreptałam razem z Małgą na spotkanie "Czego jeszcze nie wiesz o maratonie?" organizowane przez klub 42 Do Szczęścia. Mimo, że raczej nie pobiegnę w tym roku maratonu, chciałam po prostu posiedzieć i posłuchać o bieganiu, podłapać dla siebie trochę motywacji, której przecież tak często brakuje. Miałam okazję spotkać trzy inspirujące osoby. Pierwszą z nich był pan Stanisław Spólnik z zawrotną liczbą 180 maratonów "na koncie", jako drugi opowiadał o swoich biegach i podróżach trener Mateusz Jasiński. Trzecia wystąpiła pani Monika Miachałek, trenerka fitness i fizjoterapeutka; od niej mogliśmy dowiedzieć się o najczęstszych kontuzjach biegaczy oraz jak im zapobiegać, a na koniec nawet zrobiliśmy wspólnie kilka ćwiczeń rozciągających i stabilizujących. Potem wróciłam do mieszkania, zmotywowana aby jeszcze trochę pouczyć się do egzaminu, który miałam następnego dnia rano.
Na feriach w domu znów miałam możliwość biegania w lesie, co było cudownym oderwaniem się od dnia codziennego. 
Zwykle po lesie biega się za dnia, zwłaszcza po mieleckim, bo przecież każdy wie, że tam straszy. Przy kapliczce, która znajduje się przy głównej wylotowej drodze na Rzeszów widywano ducha żołnierza Armii Czerwonej, a przy tej samej drodze, bliżej Przyłęka, zakrwawioną dziewczynkę z Biesiadki proszącą o pomoc...Mówi się, że nie bez powodu było tam tyle wypadków samochodowych, w których ginęli ludzie. Ale my, Zabiegani i odważni, postanowiliśmy wybrać się tam pewnej sobotniej lutowej nocy. Chłopaki biegli z przodu, a ja z Karolką na czatach ochraniałyśmy tyły. Było ciemno, mokro, cicho, a błoto lepiło nam się do butów. Znajoma trasa zupełnie inaczej wyglądała w ciemności, przy nikłym świetle latarki czołówki. Drzewa były jakieś wyższe, droga bardziej nierówna, krzaki gęstsze, a noc mroczniejsza. Kiedy biegliśmy w ciszy, a ja rozglądałam się wokół siebie, moja wyobraźnia zaczynała pracować i momentami myślałam, że zaraz coś na nas wyskoczy. Ale przeżyliśmy. Przebiegliśmy prawie 15 km.



A jaki jest najważniejszy dzień lutego? Walentynki! Aby były jeszcze fajniejsze, dzień został rozpoczęty treningiem na Gryfie.

W lutym zrobiłam 108 km. Niestety musiałam wrócić do Krakowa, a tutaj już mi się tak nie chce biegać, jak w Mielcu. Ale trzeba, w końcu czeka na mnie kilka startów, najbliższy już w tę niedzielę.

Pozdrawiam!

czwartek, 4 lutego 2016

Biegowy miesiąc: Styczeń 2016!

Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego rozpoczęcia roku. Biegałam dużo, a w porównaniu do poprzednich miesięcy nawet bardzo dużo. Nakreśliłam sobie parę noworocznych postanowień i prawie udaje mi się ich trzymać. W tamtym roku nie zrealizowałam prawie żadnego biegowego postanowienia, dlatego teraz nic nie piszę, bo nie chcę zapeszać.

W związku z moimi styczniowymi praktykami na uczelni, mogłam spędzić większą część miesiąca w domu. Pomiędzy pisaniem diet i szukaniem materiałów do pracy licencjackiej miałam mnóstwo czasu na bieganie i ćwiczenia.

Znacie ten stan, kiedy każdego dnia myśli się o bieganiu, każdy dzień przerwy i odpoczynku wydaje się być dniem straconym, a nogi same rwą się do biegu? No właśnie ja tak miałam. Z jednej strony zawdzięczam to ekipie Zabieganych, bo dzięki nim zwleczenie się z łóżka o 7 rano nie było żadnym problemem (chociaż od zawsze twierdziłam, że jestem wieczornym biegaczem), a z drugiej strony to przez las. Zakochałam się w lesie. W drzewach, w śniegu, w tym pagórkowatym terenie, w ziemi, a zwłaszcza w czystym powietrzu. Bieganie w takim miejscu niesamowicie odpręża i dodaje energii. Chce się tam wracać każdego dnia i poznawać nowe ścieżki, górki i jeziorka. Już tęsknię i nie mogę się doczekać, aż tam wrócę.


Jedną z nowych rzeczy w styczniu było to, że w ogóle nie biegałam sama. No, może ze dwa razy. Zazwyczaj jestem samotnym ubijaczem asfaltu, więc bieganie w grupie, takiej fajnej zresztą, było miłą odmianą. Naprawdę łatwiej wyjść na trening, kiedy ktoś inny czeka w umówionym miejscu o konkretnej godzinie i nie ma tego ciągłego diabełka w głowie, który mówi "aaa, może pójdę za godzinę...no, okej, jeszcze pół godziny poczekam...a może jutro pójdę...". Fakt, czasem ciężko nadążyć za grupą pięciu facetów, ale to jest dodatkowy czynnik motywacyjny :).

Kolejna nowa rzecz: podbiegi. Jakby nie patrzeć były na każdym treningu, bo wymusza to ukształtowanie naszego mieleckiego lasu. Na początku znienawidzone, każda kolejna góra była udręką, kojarzyła się z niemocą i brakiem powietrza. Ale po kilku treningach z chłopakami w Parku Leśnym w centrum Mielca i niekończącym się bieganiem pod Górkę Cyranowską trochę się zmieniło. Coraz bardziej dawałam radę, już się tak nie męczyłam i nawet zaczęłam odczuwać przyjemność z takiego biegania.


Styczeń był super. Przebiegłam 141 km oraz wystartowałam razem z Zabieganymi z Biegu Policz Się z Cukrzycą w Tarnobrzegu. Ale czuję niedosyt. Mam to uczucie, bo pod koniec miesiąca zdarzyło się coś, co być może pokrzyżuje mi plany na przyszłe miesiące, ale jeszcze nie umiem tego stwierdzić.
W sobotę 30 stycznia chciałam pójść pobiegać, w planach było 10 km, a następnego dnia ok.15km. Jednak po 20 metrach poczułam tak dziwny i mocny ból w kolanie, że nie byłam w stanie kontynuować. Nie był to ból który znam, taki po wewnętrznej stronie kolana, z którym walczyłam na początku zeszłego roku, ale tym razem było to uczucie jakby ktoś z każdym ruchem wbijał szpilę w zewnętrzną stronę kolana. Nie wiem dlaczego tak się stało, bo zaczęłam bardzo lekkim truchtem, ale przez następne 3 dni zwykłe chodzenie sprawiało mi wiele trudności, nie mówiąc o poruszaniu się po schodach. Teraz już chodzę i nic mnie nie boli, ale nie biegam i nawet boję się spróbować. 
A miałam tyle startów w planach! Ale pójdę do fizjo i się zobaczy, co dalej.

Pozdrawiam!

czwartek, 3 grudnia 2015

Podsumowanie jesieni 2015.

fot. Ryszard Kętrzyński
 Po okresie wakacji moja forma znacząco spadła. Nie biegałam wtedy wiele, odrobinę przybrałam na wadze, więc do regularnych treningów było mi ciężko wrócić. We wrześniu zaczęłam odbudowywać kondycję i na początku października było już znacznie lepiej. Nie męczyłam się już przy dłuższym truchtaniu, było mi lżej, mogłam sobie biegać spokojnie bez zadyszki i myśli w stylu :już nie dam rady, kiedy to się skończy". Jednak w połowie października dopadło mnie paskudne przeziębienie i byłam zmuszona przerwać bieganie na ponad tydzień. Taka przerwa niestety zwykle daje o sobie znać. 24 października był półmaraton, który przebiegłam rekreacyjnie w ponad 2 godziny, miałam małe zakwasy, ale w następnym tygodniu powróciłam do biegania z zamiarem pobicia rekordu życiowego na 10 km miesiąc później.
Miałam całe 4 tygodnie na przygotowania. Ułożyłam plan treningowy, tak aby każdy mój trening miał jakieś konkretny cel w przygotowaniach. Nie zrealizowałam całego planu, przeszkodził mi w tym Smog Wawelski, a czasem zwykłe niechcemisię, ale byłam z siebie zadowolona, bo w tym roku trzymanie się jakiegokolwiek planu nie za bardzo mi wychodziło. Tarnowska Dyszka była super, niemalże zbliżyłam się do mojego zeszłorocznego rekordu życiowego i pomogło mi to znów uwierzyć w swoje możliwości.

Potem postanowiłam zrobić chwilę przerwy. Tak po prostu, żeby "naładować baterie", a przy okazji nie truć się smogiem wtedy, kiedy było dość duże zanieczyszczenie. Odpoczywam już drugi tydzień, biegam niewiele i powoli zbieram się do ułożenia sobie grafiku treningów na zimę. Trzeba też pomyśleć o stabilizacji i ćwiczeniach ogólnorozwojowych. Stopniowo ustala mi się lista startów na wiosnę, same nowości, nie chcę już powtarzać tego, co zwykle.

I tak właśnie minęła mi jesień. Jeden półmaraton, jeden bieg na 10km. Przy okazji zaczęłam uczęszczać na treningi z grupą Zabiegani Mielec, zawsze jak przyjeżdżam do domu, to staram się wpaść na niedzielne bieganie na Gryfie. Dobrze jest mieć czasem kontakt z trenerami i bardziej doświadczonymi biegaczami, można się rozwijać, zawrzeć nowe znajomości lub po prostu pobiegać w miłym towarzystwie, bez ścigania, każdy w swoim tempie. Super jest to, że treningi są otwarte i może przyjść na nie każdy, nawet jeśli nigdy nie miał do czynienia z bieganiem.

Pozdrawiam!

piątek, 2 października 2015

Biegowy miesiąc: Wrzesień 2015

Wrzesień. Powoli wychodzę z biegowego "dołka", naprawiam kondycję i nabieram wiary w swoje możliwości. Jeszcze nie doszłam do mojej przedwakacyjnej formy, ale chyba jestem na dobrej drodze. Przebiegłam 116 km, czyli ponad 2 razy więcej niż w sierpniu. Nadal siedzi mi w głowie przeświadczenie, że jak zacznę biegać więcej, to znowu rozwalę sobie kolana, a tego bym bardzo nie chciała. A tak w ogóle to według Endomondo przebiegłam już ponad 4000 km w swoim życiu. Jeszcze 10 razy tyle i obiegnę kulę ziemską.

We wrześniu wzięłam udział w teście Coopera organizowanym przez BBL Mielec. Przebiegłam 2617 m i chociaż jest to najgorszy mój wynik z trzech testów, w których brałam udział, to i tak byłam z niego zadowolona, bo przed startem obawiałam się, że nie jestem w stanie zrobić więcej niż 2500m. Ten wynik podniósł mnie trochę na duchu.


W ostatnią niedzielę miesiąca rano, kiedy wszyscy biegli maraton w Warszawie, ja siedziałam przed telewizorem i oglądałam relację z maratonu w Berlinie. Pomyślałam sobie, że mogłabym cały dzień tak patrzeć jak oni biegną :D. Po dwóch i pół godziny, kiedy dobiegła już druga kobieta, zebrałam się w sobie i sama poszłam pobiegać. Zwerbowałam brata, żeby jechał koło mnie na rowerze i tak sobie zrobiliśmy 15 km po lesie. To był mój najdłuższy bieg od kwietniowego maratonu. Serio, czuję się tak jakbym dopiero zaczynała biegać.

A jakie plany na październik?
Głównym moim biegiem będzie 2.Cracovia Półmaraton Królewski 24 października. Raczej nie zrobię życiówki, bo nie czuję się na siłach, ale chciałabym go po prostu przebiec w dobrym samopoczuciu. I będzie on takim punktem odniesienia, żebym wiedziała gdzie jestem i ile pracy czeka mnie w zimie (jeżeli nic złego się nie zdarzy), bo chcę na wiosnę trochę poszaleć.
Niestety nie wystartuję w tym roku w moim ulubionym Biegu Trzech Kopców, bo gapa ze mnie i kiedy sobie przypomniałam o zapisach, to nie było już miejsc. Chociaż limit 2500 uczestników to i tak według mnie trochę za dużo, bo ta trasa jest bardzo mało "pojemna", zwłaszcza na początkowym odcinku, kiedy jest największy ścisk.
Pewnie uda mi się pobiec jeszcze kilka mniejszych biegów, będę opisywać na bieżąco :)

Pozdrawiam!