Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 maja 2024

20. Krakowski Półmaraton Marzanny - relacja

Ach ten Półmaraton Marzanny… Od niego wszystko się zaczęło i od niego zawsze się zaczyna. Chociaż wcześniej tego roku startowałam już w 4 biegach (3 razy w GPK i raz w Biegu Kobiet), to i tak wiosenny półmaraton to dla mnie rozpoczęcie sezonu startowego na dobre.

Przygotowywałam się do niego od początku stycznia, przeżyłam równe 12 tygodni z planem treningowym od Grega z Garmina. Drugiego stycznia gdy wybierałam ten plan, chciałam żeby w końcu coś ruszyło, chciałam postawić sobie cel, który będzie dla mnie ekscytujący, ale jednocześnie możliwy do zrealizowania, tak żebym nie poddała się, gdy poczuję, że coś nie idzie po mojej myśli. W sumie to był książkowy przykład wyznaczenia celu metodą SMART. Zaznaczyłam, że chcę aby plan przygotowywał mnie na wynik 1:44, co oznaczało tempo 4:56 min//km przez 21 km.

To był mój plan A - półmaraton w 1:44-1:45. Planem B było złamać 1:50, bo przez dwa poprzednie lata mi się to nie udawało, więc chociaż to byłoby super zrobić. Planu C nie było.

W sobotę dzień wcześniej wybraliśmy pakiet, żeby przed samym startem nie stresować się kolejkami w biurze zawodów i przy okazji spotkaliśmy wesołą rodzinkę Małgi i Michała. Okazało się, że Michał będzie pierwsze 10 km biegł po 5:00 min/km, a ja miałam podobny pomysł, więc mogliśmy zacząć wspólnie.

Byłam podekscytowana tym startem. Wiedziałam, że trenowałam uczciwie i sumiennie i właściwie byłam pewna, że to się uda. Mimo że na treningach tempo 5:00 min/km było dla mnie ciężkie do utrzymania nawet przez pół godziny, to czułam podskórnie, że na dzień startu trafi się ten “dzień konia”, w pozytywnym znaczeniu tego wyrażenia.

Przyjechaliśmy na Cichy Kącik prawie godzinę wcześniej, co rzadko mi się zdarza, bo zazwyczaj jesteśmy tak “na styk”. I ten wczesny przyjazd to chyba był błąd, bo było strasznie zimno, padał deszcz, niekiedy nawet śnieg, a do tego wiał dość mocny wiatr. Dla mnie to są wręcz idealne warunki do biegania, więc tego się nie bałam, ale czekanie było dość nieprzyjemne. Chciałam skorzystać z tojków i zacząć się rozgrzewać. Pierwszy raz zrobiłam też jedną rzecz, której jeszcze nie próbowałam, a mianowicie 20 min przed startem zjadłam żel energetyczny. Zazwyczaj jem je już w trakcie biegu, ale widziałam to u niektórych pro biegaczy, więc też postanowiłam spróbować.

10 minut do startu z niechęcią ściągnęłam ciepłe ciuchy i weszłam do strefy. Ustawiłam się mniej więcej w połowie odległości między balonami na 1:39 a tymi na 1:49. Zaraz koło mnie pojawił się też Michał. Pożegnałam się z moimi kibicami: Erykiem, Tatą i Davem, i punkt 11:00 ruszyliśmy.

Byłam szczęśliwa i zmarznięta, ledwo mogłam ruszać palcami u rąk, ale to było w porządku, bo ja nie lubię się zbytnio przegrzewać w trakcie biegu i lepsze dla mojej szybkości jest, aby było mi zimniej niż cieplej.

Pierwszy kilometr był z wiatrem wzdłuż Alei 3 Maja na błoniach, działała jeszcze adrenalina, a ja zaczynałam się już rozluźniać i wprowadzać w biegowy trans. Na tarczy zegarka miałam ustawione tylko kilometry, które zostały do końca, więc startowałam od 21,1km i odliczało się w dół. Co kilometr zegarek podawał mi czas ostatniego kilometra, więc tak naprawdę nie kontrolowałam na bieżąco tempa, z którym biegłam, patrzyłam tylko na Michała, sprawdzając czy jest gdzieś w pobliżu, ale głównie biegłam na samopoczucie. 

I to było dla mnie super dziwne, gdy pierwsze kilometry mijały po ok. 4:56-4:58 min/km, a ja odczuwałam je jakby to był zwykły trucht. To był dla mnie dobry znak, bo wiedziałam, że im dłużej będę biegła w komforcie, tym mniej będę cierpieć i walczyć, a byłam świadoma, że ta walka prędzej czy później się zacznie, bo ona zawsze jest. Tylko czasem się zaczyna na 18, a czasem już na 10 kilometrze.

Ze względu na remonty w Krakowie, trasa była trochę inna niż zwykle, m.in nie biegliśmy przez Most Zwierzyniecki, za to pobiegliśmy pod mostem Kotlarskim i dalej po bulwarze Kurlandzkim prawie pod most Ofiar Dąbia. Tam była zawrotka i mogliśmy oglądać biegaczy z naprzeciwka. Ja to uwielbiam, bo po pierwsze, widzę ilu facetów wyprzedziłam (:D), a po drugie, mogę czymś zająć myśli i na przykład wyglądać, czy gdzieś tam nie widzę mojej mamy. Ale mimo tylu nawrotek i mijanek z innymi biegaczami, przez całą trasę nie udało mi się jej spotkać.

Na 7 kilometrze zjadłam żel, drugi przewidziałam na 14 kilometr. Nie chciało mi się też za bardzo pić, ale z rozsądku brałam kubeczek na każdym punkcie z wodą, bo lepiej dmuchać na zimne. Uwielbiam wolontariuszy w Krakowie, naprawdę to z jakim entuzjazmem potrafią podawać kubki z wodą i banany jest wspaniałe.

Chciałam się też pochwalić refleksem, bo jak był ok. 9-10 km, to jednemu panu przede mną wypadł mały bidon z pasa gdy próbował się posilić i udało mi się go złapać i podnieść w biegu i mu oddać. 

Pierwsza połowa trasy była z wiatrem, wtedy wiadomo, biegnie się super wygodnie, nie trzeba się męczyć i jest miło. Trochę się bałam, że jak zawrócimy i zaczniemy biec pod wiatr, to moja dobra passa się skończy, ale o dziwo tak się nie stało. Dalej miałam siłę i wcale nie zwolniłam. Michał znikł mi z pola widzenia na jakieś 2 km, bo pognał do przodu, ale gdy przebiegliśmy Mostem Kotlarskim na drugą stronę Wisły i biegliśmy nowym świeżo wyasfaltowanym bulwarem, to zaczęłam go doganiać. Widziałam, że walczy z tym wiatrem, tak jak i inni biegacze wokół. Ja miałam w sobie dużo siły i chciałam przyspieszyć, ale rozsądek podpowiadał mi, że jeszcze nie czas na to. Dopiero przecież był 13 km. Ale na moim zegarku pokazywało, że jeszcze tylko 8 do końca, więc przebierałam nóżkami z nadzieją, że takie samopoczucie zostanie jak najdłużej. Jeśli czuję się dobrze na 10 kilometrze to dobry znak. Jeśli czuję, że chcę przyspieszać na 12-13 km, to bardzo dobry znak. W przeszłości zwykle to był moment, gdy zaczynał się mój kryzys, a teraz o żadnym kryzysie nawet nie myślałam. Biegło mi się naprawdę przyjemnie, chciałam, żeby ten bieg trwał i trwał. Świeciło słońce, był lekki wiatr, gdzieniegdzie stali kibice, było ciepło.

Dopiero jak zaczęliśmy wbiegać pod Wawel czyli ok. 15 km, to poczułam lekkie zmęczenie, ale nie było ono aż tak przytłaczające, żebym musiała zwalniać. Pomyślałam wtedy, że teraz właśnie zaczyna się mój bieg, od teraz będę musiała troszkę powalczyć. Obieglismy Wawel dookoła i tam był kolejny punkt z wodą. 

Kilometr wcześniej zjadłam żel i miałam nadzieję, że energia z niego zdąży do mnie dotrzeć na ostatnie minuty biegu. Zbiegliśmy na bulwary i zostało ostatnie 5 km. To tylko 5 km, co to jest! To tylko jeden Parkrun! No tylko że ja miałam już ponad trzy takie Parkruny w nogach i chciałam te ostatnie kilometry polecieć tym samym lub szybszym tempem. 

Wiatr wiał w twarz, zaraz mieliśmy dobiec na Salwator, więc zaczęła się droga pod górkę, a potem przez remontowaną ulicę i miejscami po kamieniach. Moje tempo nieznacznie spadło, ale zaraz potem na ulicy Kasztelańskiej, która prowadziła nas na Błonia, byłam w stanie powrócić do ok. 5:00 min/km. 

Wybiegliśmy na ul. Focha przy błoniach. Uwielbiam to, że stamtąd już było widać metę hen hen daleko, co z jednej strony było demotywujące, bo widać JAK TO JEST DALEKO, ale ja wtedy o tym nie myślałam. Zaczęłam stawiać przed sobą małe zadania. Dobiec do nawrotki, bo tam przestanie wiać wiatr i zacznie grać na moją korzyść. Potem odpocząć na długiej prostej z wiatrem. Potem rura do mety na ostatnim odcinku na 3 Maja. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy z pogodą, bo gdy wcześniej świeciło słońce, to w dosłownie 10 minut nadciągnęły ciemne chmury i wyglądało jakby miał nastąpić jakiś armagedon. Wiatr szalał naprawdę potężnie, zaczęło kropić deszczem, a potem śniego-gradem.

Na 20 km przy zakręcie był ostatni punkt odżywczy i wolontariuszki zagrzewały nas do walki. Było im zimno i targało je porywami wiatru, ale nie poddawały się i dzielnie trzymały kubki z wodą.

Wzięłam jeden kubek, podziękowałam i zawróciłam na zakręcie w stronę mety. I w tamtym momencie potężny podmuch wiatru prawie zatrzymał mnie w miejscu, taka to była siła. Został ostatni kilometr. Metę było widać na końcu tej strasznie długiej prostej, ale nie dało się patrzeć przed siebie.

jestem na zdjęciu tam z tyłu! fot. Krzysztof Porębski

Musiałam biec z głową w dół, bo jak tylko uniosłam twarz, to od razu dostawałam w oczy śniego-gradem. Siłą rzeczy musiałam zwolnić, mimo że przebierałam nogami z całych sił. Jakieś 100m przed metą stał mój tata i zrobił mi zdjęcia, zaraz potem był Eryk z Davem, a mi udało się trochę przyspieszyć i w końcu wpaść na metę. 21 kilometr był najwolniejszy ze wszystkich, 5:05 min/km, przez to ostateczny wynik to 1:45:07. Z jednej strony jestem super zadowolona, bo wszystko poszło tak jak miało pójść, bez wielkiego cierpienia, a właściwie z uśmiechem na twarzy przez prawie cały dystans, ale z drugiej moje biegowe serce żałuje tych 8 sekund, które dałyby wynik 1:44.

Mimo wszystko bardzo się cieszę, że powoli wracam do mojej życiowej formy, bo jest to mój drugi najlepszy półmaraton w życiu i najlepszy wynik od 6 lat. I znowu to powiem, bo zawsze mnie to dziwi w moim przypadku - systematyczny trening NAPRAWDĘ daje rezultaty. Tylko trzeba czasu i trzeba nie odpuszczać. I przeczekać te najgorsze momenty i wierzyć, że się uda. 

Pozdrawiam!


piątek, 15 marca 2024

Krakowski Bieg Kobiet - relacja

Są takie biegi, które niby są mało ważne w naszej biegowej “karierze”, ale jednak mają inne znaczenie. Bo pozwalają przełamać jakieś przekonania, pozytywnie zaskakują albo ich organizacja ma jakiś konkretny cel, jest dla kogoś. Krakowski Bieg Kobiet spełnił wszystkie te kryteria i dzisiaj trochę o nim opowiem.

Pewnego lutowego dnia zobaczyłam na facebooku ogłoszenie, że w niedzielę 10 marca odbędzie się bieg dla kobiet. Udział będzie darmowy, a dwukilometrowa trasa zakręci wokół Tauron Areny i w Parku Lotników Polskich. No aż żal nie skorzystać. 

Wbrew pozorom dwa kilometry wcale nie są jakimś super prostym dystansem, bo przecież im krótsza trasa, tym TRZEBA (:D) biec szybciej. Przed startem zastanawiałam się, na jaki czas mogę liczyć w tym biegu i na podstawie moich ostatnich treningów stwierdziłam, że spróbuję pobiec na złamanie 9 minut. Czyli tempo 4:29 min/km. 

Dla mnie to jest szybkie i mało komfortowe tempo (na razie!), takie robię na bardzo krótkich interwałach, ale pomyślałam, że jednorazowo może uda mi się spiąć na całe dwa kilometry.

W dniu startu pojechaliśmy z Erykiem pod Tauron Arenę, żeby odebrać pakiet i mimo dużej ilości osób w biurze zawodów, wszystko poszło w miarę szybko i sprawnie. Była wesoła atmosfera, a wszędzie wokół przewijały się jaskrawe różowe koszulki uczestniczek. Ja też postanowiłam pobiec w tej koszulce, nałożyłam ją na swoją techniczną bluzkę z długim rękawem, bo ta pakietowa była bawełniana.

Zrobiłam samodzielną rozgrzewkę po parku, a potem dołączyłam na kilka ćwiczeń do wspólnej rozgrzewki tuż przed startem. Stwierdziłam też, że nie będę się przejmować i stanę z przodu stawki (czego nigdy nie robię), bo spodziewałam się, że większość osób będzie biegła rekreacyjnie, a ja chciałam trochę przycisnąć. Stanęłam w 4-5 rzędzie, ale tak naprawdę mogłam ustawić się jeszcze bliżej, bo na dystansie wyprzedziłam ok. 10 osób. A wiadomo, że wygodniej się biegnie, jak nie trzeba robić slalomu między ludźmi. Choć z drugiej strony wyprzedzanie potrafi dodać trochę takiej psychologicznej siły. 

Lubię w krakowskich biegach to, że często odliczanie do startu robione jest do uderzeń bicia serca, przez co dodatkowo rośnie adrenalina i jest to wszystko bardziej przejmujące.

Wystartowaliśmy. Nie kalkulowałam i pobiegłam jak najszybciej przed siebie za tłumem, co potem okazało się tempem poniżej 4:00 min/km przez pierwsze 150 m. Ale potem się uspokoiłam, nastąpił podbieg prowadzący w głąb parku Lotników i zaczęła się zabawa. Co jakiś czas “połykałam” kolejną dziewczynę, ale zdarzało się też, że niektóre wyprzedzały mnie. 

fot. Wiktoria Kamińska

Cieszyłam się tym biegiem i uśmiechałam się do kibiców, fotografów i ludzi wokół. Pierwszy kilometr zapikał na zegarku w 4:21, co mnie ucieszyło, bo oznaczało, że jeśli wytrzymam tak też drugi, to na spokojnie złamię 9 minut. Ale w tamtym momencie o tym nie myślałam, wtedy chciałam po prostu biec swoje i przy okazji wyprzedzić jak najwięcej dziewczyn, tak dla własnej satysfakcji.

Na profilu fotografki Wiktorii Kamińskiej, która była na biegu, ukazały się oprócz zdjęć też takie dwa filmy, na pierwszym pokazuję się w 24s (policzyłam, że byłam wtedy na 26 miejscu), a na drugim jestem na samym początku, w pierwszych 2 s.

filmik 1

filmik 2

wycięłam kadr z filmu :D (z profilu facebookowego Wiktorii Kamińskiej)

Po okrążeniu w parku nastąpił zbieg i zaczęłyśmy okrążać Tauron Arenę. Zostało 500m, zaczęłam nawet trochę przyspieszać. Zaczęłam ścigać się z jedną dziewczyną i przez ostatnie 300 m biegłyśmy prawie ramię w ramię, raz ja z przodu, raz ona, ale ostatecznie na 50 m do mety zrobiła sprint i wyprzedziła mnie o 2 sekundy. I nie tylko ona, bo dosłownie 10m przed metą wyprzedziły mnie jeszcze 2 dziewczyny, więc ostatecznie przybiegłam na 20 miejscu na 495 startujących. 

fot. Karol Olszański Fear the Return

Czas 8:28, zdecydowanie lepiej niż się spodziewałam na początku, średnie tempo wyszło 4:14 min/km, bo drugi kilometr zrobiłam w 4:09. A na mecie dostałyśmy kwiaty zamiast medali. 

Bardzo się cieszę i jednocześnie jestem zaskoczona. Powoli udaje mi się realizować mój plan.

Pozdrawiam!

czwartek, 7 marca 2024

Biegowy miesiąc - luty 2024

Tegoroczny luty okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem. W planach miałam skrupulatne stosowanie się do planu treningowego, ale nie wiedziałam dokładnie jak on będzie wyglądał, ani ile kilometrów mnie czeka. I okazało się, że wcale niemało, rzekłabym nawet, że rekordowo dużo, ale udźwignęłam to i przeszłam przebiegłam przez ten miesiąc prawie bez szwanku.

W pierwszy weekend miesiąca zafundowałam sobie mały hardkor. W sobotę 2.02 odbywała się #500 edycja Parkrun Kraków, więc skoro już powróciłam na Parkrun, to nie mogłam sobie odpuścić takiej imprezy. Musiałam więc wstać rano i pojechać na Błonia, żeby pobiec te 5 km względnie szybkim tempem. I znów mimo potężnego wiatru udało mi się trzymać w okolicach 5:00 min/km, a w rezultacie dobiec w 25:10. Choć myślę, że gdybym ustawiła się trochę bardziej z przodu stawki, to wynik mógłby być już poniżej 25 minut, bo tego dnia na starcie było naprawdę dużo ludzi ze względu na jubileusz, został nawet pobity rekord frekwencji w krakowskim Parkrunie, bo pojawiło się 431 osób (zazwyczaj jest ok. 150-180). Cieszę się, że istnieje taka inicjatywa, jest to bardzo motywujące do tego, żeby raz na jakiś czas spiąć tyłek i pobiec szybciej niż zwykle.


Za to następnego dnia odbyła się kolejna, czwarta już kolejka Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich i ja zmierzyłam się z Ambitną Jedenastką. Po dwóch śnieżnych edycjach (grudniowej i styczniowej) wróciło błotko i walka o życie na zbiegach. Wyszłam z tego cało, ale jednak moja głowa nie pozwalała mi się puścić w to błoto, tylko musiałam zwalniać prawie do zera, przez co traciłam pęd i ciężko było się potem z tego wygrzebać. Ale jakimś cudem nie zaliczyłam jeszcze żadnej wywrotki, więc wybiegłam z lasu całkiem czysta (nie licząc oczywiście butów i legginsów od kolan w dół). 

Dobiegłam z czasem 1:21:54, czyli najlepszym jak do tej pory. Zdaję sobie sprawę z tego, że mogłabym spokojnie uciąć kilka minut, gdybym tylko ogarnęła głowę na błotnistych zbiegach. Ale spoko, jest nad czym pracować w przyszłości.

Tydzień później w sobotę również postanowiłam pojechać na Parkrun, a organizatorzy zachęcali, żeby zabrać na niego swoje “drugie połówki”, bo to była edycja walentynkowa. Jednak moja druga połówka nie dała się namówić, więc mimo mało zachęcającej pogody pojechałam sama i tym razem udało mi się zrobić najlepszy wynik w tym roku, czyli 24:39. Naprawdę już dawno się tak nie cieszyłam ze swoich wyników, kiedy czuję postępy z tygodnia na tydzień.

fot. Fear the return


Mój plan treningowy zakładał 5 jednostek treningowych w tygodniu, w tym jedno dłuższe wybieganie 90-120 minut, 2 razy easy run i 2 razy cięższy lub szybszy trening. Piszę “lub”, bo czasem szybsze treningi nie są dla mnie ciężkie, bo są dość krótkie, np. kiedy jest to 10 minut rozgrzewki i 10 powtórzeń 20-sekundowych sprintów zakończone 10 minutowym truchtem. Uwielbiam takie treningi, bo po trzydziestu minutach jest już po wszystkim i można iść do domu, ale z drugiej strony nie czuję, żeby takie jednostki dawały dużo do wytrzymałości. Do szybkości owszem, bo ćwiczę rytm biegu, technikę, ruch rąk, odpowiednie odbicie itd. 

Za najcięższe uważam biegi tempowe, ale jest to coś, po czym odczuwam największy progres jeśli chodzi o wytrzymywanie tempa, z jakim chcę pobiec tegoroczny półmaraton. Na przykład w trzeci weekend lutego pojechałam na błonia, żeby zrobić potężny trening interwałowy: 8 x 800m z przerwą 400m. Ten trening dał mi w kość i tak naprawdę nie do końca byłam w stanie utrzymać jego założenia co do tempa, ale i tak czułam się po nim wspaniale psychicznie. Zawsze sobie mówię, że nawet jak teraz nie daję rady, to i tak jakiś mały postęp zawsze się zadzieje. 

Wchodzę teraz w mój ulubiony stan w toku realizacji planu treningowego, kiedy przeszłam już te najgorsze początkowe zwątpienia, kiedy tempo jest coraz łatwiejsze do utrzymania, jest motywacja do treningów i wszystko to jakoś idzie do przodu. Nawet już wyniki nie są najważniejsze, a właśnie ten postęp i trenowanie samo w sobie.

Była też jedna rzecz w lutym, na którą czekałam z utęsknieniem i dreszczykiem emocji już właściwie od roku, kiedy pomysł zakiełkował w mojej głowie. 14 lutego zaczęły się zapisy do losowania na Bieg Ultra Granią Tatr, a 26 lutego ogłoszono listę 300 szczęśliwców na liście startowej i 100 osób na liście rezerwowej. I niestety nie załapałam się na żadną z tych list… Ale spokojnie, i tak będzie trenowanie w tym roku, bo na wrzesień mam plan B i będzie to chyba prawie tak trudne jak BUGT.

Intensywne trenowanie nie pozostało jednak bez konsekwencji. Pod koniec miesiąca złapałam lekką infekcję, więc odpuściłam jeden trening, 2 dni posiedziałam pod kocem z herbatą i na szczęście mi przeszło. 

Luty skończyłam z wynikiem: 203,2 km w 19 h 46 min i z 1031 m przewyższenia. 

Plany na marzec: 10.03 Bieg Kobiet w Krakowie (2 km) i 24.03 Półmaraton Marzanny.

Pozdrawiam!


czwartek, 8 lutego 2024

Biegowe podsumowanie roku 2023

Lubię pisać podsumowania, kiedy jest CO podsumowywać, więc lecimy z rokiem 2023! W tym roku z biegowej strony mojego życia wydarzyło się całkiem sporo, więc z przyjemnością siadam teraz z herbatką i świeczką, aby wam o tym opowiedzieć.

W styczniu wymyśliłam sobie, że chciałabym kiedyś wziąć udział w Biegu Ultra Granią Tatr, a żeby móc zgłosić się do losowania, trzeba udowodnić, że jest się porządnym biegaczem ultra i zdobyć punkty ITRA. Ja wybrałam opcję, że zdobędę 9 punktów ITRA w 3 biegach (do wyboru było jeszcze 8 punktów w maksymalnie 2 biegach lub 6 punktów w 1 biegu), co oznaczało ukończenie 3 biegów około 60+ kilometrowych z ok. 2000 m przewyższenia. Pozapisywałam się na odpowiednie zawody i to one właściwie zdefiniowały mój rok 2023. Tylko ja nie lubię zamykać się w żadnym pudełku i chciałam startować również w krótszych biegach po asfalcie, na przykład w moim ukochanym Półmaratonie Marzanny. Wobec tego zima i wiosna stały głównie pod znakiem przygotowań do półmaratonu, a gdzieś tam w tle majaczył Bieszczadzki ultra.

Początkiem tego roku postanowiłam powrócić do pisania bloga, czego wynikiem są te wszystkie wpisy. Nie robiłam tego zbyt regularnie, posty czasem wpadały z dużym opóźnieniem, ale i tak się cieszę, że przemogłam się, przełamałam opór i zrobiłam ten krok. 

Zaczęłam też chodzić na siłownię dzięki mojej ulubionej sąsiadce Gabie. Na razie tylko na zajęcia fitness z ciężarami i czasem cardio jako cross training, choć ciągle zbieram się do tego, aby zacząć również coś dźwigać sama (na tej wielkiej sali pełnej chłopów z pięćdziesięciocentymetrowym obwodem bicka). To chyba będzie jeden z celów na 2024:  przełamać opór przed pójściem na siłkę.

W lutym trenowałam do półmaratonu z planem treningowym i zaczęłam się rozkręcać. Biegałam regularnie, uczęszczałam na fitnesy, zrobiłam kilka dłuższych wybiegań i przynajmniej raz w tygodniu robiłam mocniejszy akcent. Widziałam, że to idzie w dobrą stronę, czułam się coraz mocniejsza, a treningi dawały rezultaty.

W marcu kontynuowałam ten plan aż do startu w półmaratonie, o którym można poczytać tutaj. Mimo że nie pobiegłam na zakładany czas, to cieszyłam się z wyniku i z pracy, którą wykonałam mimo przeciwności, jakie pojawiały się w tych miesiącach.


W kwietniu postawiłam przed sobą ambitny cel, aby przekroczyć barierę 200 km przebiegniętych w jednym miesiącu. Poprzednie wahały się w okolicach 130-160 km, a w 2022 często oscylowałam w okolicach 100km w miesiącu, więc 200 to dla mnie naprawdę dużo. Jednak nie chciałam jedynie wyklepać tych kilometrów w spokojnym tempie. Zauważyłam, że o wiele bardziej lubię wychodzić na trening, jak mam do wykonania jakieś zadanie typu interwały. Po marcowym półmaratonie odczułam znaczny wzrost kondycji, tempo w okolicach 5:10 min/km nie było już takim problemem, a interwały robiłam już po 4:30-4:45 min/ km, choć wcześniej było to 5:00-5:10 min/km.

W kwietniu moją głowę zaprzątały 2 rzeczy: start na 10 km 22.04 w Igrzyskowym Biegu Nocnym oraz przygotowania do Ultra Biesa na 65+ km 6.05. Prawdopodobnie jeśli jakiś trener popatrzyłby na moje treningi jednocześnie znając moje cele, to pewnie złapałby się za głowę, bo nie było w tym żadnej metodyki ani głębszych przemyśleń. Po prostu robiłam na co miałam ochotę i siłę danego dnia. Tylko jak jednocześnie pogodzić przygotowania do płaskich 10 km i górskiego ultra? 

Postawiłam głównie na:
-1-2 razy w tygodniu 3-4 minutowe interwały po 5-6 powtórzeń w tempie progowym
-raz w tygodniu dłuższe wybiegania (ok.20 km)
-codziennie 10-15 minutowe ćwiczenia na stabilizację kolan
-wydłużenie standardowych wybiegań z 6-7 km do 9-11 km

Dodatkowo starałam się jak najwięcej czasu spędzać na nogach, między innymi dlatego pod koniec kwietnia pojechałam na Nightskating Kraków, czyli wieczorny przejazd na rolkach środkiem miasta. Nie udało mi się dobić do tych 200 km, zrobiłam ostatecznie 170,25 km, ale to nie szkodzi. I tak to był mój największy objętościowo miesiąc w tym roku.

W maju przebiegłam swój pierwszy od 4 lat ultramaraton, Niezniszczalny Raróg w ramach Ultra Biesa, całą relację z niego można przeczytać tutaj. Po tym biegu musiałam trochę odpocząć, zwolnić, zregenerować się, dlatego przez następujące po nim tygodnie znacznie zmniejszyłam objętość biegów. Ale zaliczyłam też wycieczkę górską z moimi rodzicami, którzy robią sobie Koronę Gór Polski, czyli zdobywają najwyższe szczyty w 28 pasmach górskich. Tym razem padło na Pieniny i ich najwyższy szczyt - Wysoką. Po drodze odwiedziliśmy też Wąwóz Homole i Schronisko pod Durbaszką.

W czerwcu zaczęłam plan treningowy do jesiennego półmaratonu z zamiarem przebiegnięcia go w 1:45, więc wróciłam do regularnych biegów, włączyłam dłuższe wybiegania i szybsze jednostki. Zazwyczaj w okresie letnim biegałam mało, wiąże się to głównie ze zbyt wysoką temperaturą i włączaniem się mojego niechcemisia. Ale tym razem było inaczej, bo w perspektywie kolejnych paru tygodni miałam ultramaraton, który w rezultacie okazał się jednym z najtrudniejszych, a na pewno najdłuższym biegiem w moim życiu.

W lipcu kontynuowałam treningi do półmaratonu, czułam się coraz bardziej w gazie i akurat wtedy, gdy zaczęło mi już iść super dobrze, w połowie lipca na początku treningu, który miał być zwykłym easy runem, coś zakuło mnie w kolanie. Ale nie tak lekko, to był ból uniemożliwiający normalny bieg. Skróciłam to wybieganie i dokończyłam trening powolutku w tempie 7:00 min/km, ale w głowie został mi niepokój. Za niecałe 3 tygodnie miałam górski ultramaraton, jak miałam go zrobić z takim bólem kolana? Na szczęście to nie była poważna sprawa, właściwie w parę dni mi przeszło i mogłam powrócić do “normalnego” biegania już wkrótce. W ramach treningu zrobiłam też dwie wycieczki na szczyty górskie z rodzicami, 19 lipca na Babią Górę w Beskidzie Żywieckim oraz 28 lipca na Lackową w Beskidzie Niskim.

W sierpniu przyszedł czas na kolejny sprawdzian dla głowy, który okazał się nim w istocie. Całą relację z Magurskiego Ultra możecie przeczytać tutaj. Mimo że przetyrał mnie ten bieg strasznie, to wylizałam się po nim dość szybko i 4 dni później byłam z powrotem na treningu. Kiedyś dochodzenie do siebie po dłuższych biegach zajmowało mi ok. tygodnia, więc jest jakiś progres, ale miał w tym też udział fakt, że ja na tym biegu byłam ostatnia. I nie, żebym jakoś specjalnie się obijała i stąd to miejsce, wręcz przeciwnie. Ale zmotywowało mnie do tego, żeby to się już więcej nie przytrafiło. No i wpadłam na pomysł, żeby last minute wziąć udział jeszcze w jakimś biegu w sierpniu, takim krótszym, żebym mogła się trochę pościgać (sama ze sobą oczywiście) i padło na Limanową X Run Wyspiański Półmaraton. Relację z tego biegu można przeczytać tu. W sierpniu oprócz Magurskiego ultra i Limanowej zaliczyłam jeszcze dwie górskie wycieczki, Na Mogielicę w Beskidzie Wyspowym i Tarnicę, najwyższy szczyt polskich Bieszczad.

We wrześniu wpadł nam do głowy pomysł (mi i Erykowi), żeby wyjechać gdzieś na chwilę i nie mogliśmy się zdecydować, do jakiego miasta w Europie polecieć, więc pojechaliśmy do Zakopanego. Chciałam pokazać mu kilka moich ulubionych szlaków, więc byliśmy na Gęsiej Szyi, dzień później wdrapaliśmy się na Świnicę, pierwszy raz w życiu jechałam kolejką na Kasprowy, a w ostatni dzień zaliczyliśmy jeszcze Sarnią Skałę. Same zwierzęce szczyty. Tydzień po przyjeździe z gór pojechaliśmy z Erykiem na Runmageddon do Dobczyc, bawiliśmy się super, a przeczytać można o tym tutaj. We wrześniu biegałam trochę mniej, to był mój najmniej obfity w kilometry miesiąc w tym roku, bo było ich 81,2. Mimo to zrobiłam kilka naprawdę fajnych treningów, bo czekał na mnie jesienny półmaraton. Nie przygotowałam się do niego w 100%, ostatecznie chciałam po prostu wystartować i dobrze się bawić i każdy wynik poniżej 2 godzin brałam w ciemno.

W październiku przyszedł czas na Cracovia półmaraton i relację z tego biegu napisałam tutaj. Pierwszy raz od tylu lat na Cracovii wbiegałam na Tauron Arenę zadowolona z wyniku i na tym specyficznym biegowym haju, który często się nie zdarza. A to po części też zasługa Roberta i Wojtka, dzięki którym nie odpuściłam w połowie trasy i trzymałam tempo. Po krakowskiej połówce chwile odpoczęłam, ale nie mogłam sobie pozwolić na zbyt duże odpuszczanie, bo wiedziałam, co czeka mnie następnie…Łemkowyna Ultra Trail na 70 km. Z jednej strony miałam pewne obawy przed tym biegiem, jak to zwykle przed ultra, nigdy nie wiadomo co się wydarzy, ale jednocześnie też byłam spokojna, bo wierzyłam, że co by się nie działo, to sobie z tym poradzę. Relacja z tego biegu się pisze i będzie gotowa już niedługo. Po łemko niestety musiałam zrobić ponad tydzień przerwy ze względu na moje stopy, które nieźle się wtedy wycierpiały. W ostateczności straciłam 3 i pół paznokcia, miałam kilka odcisków, ale “zakwasy” nie były aż tak potężne jak się już do nich przyzwyczaiłam. Z każdym biegiem ultra jestem w coraz lepszym stanie przez dni następujące po nim.

W październiku natrafiłam też na facebooku na reklamę Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich, czyli cyklu pięciu biegów w Lasku Wolskim odbywającym się od listopada do marca. Moje zastanawianie się, czy dołączyć do tego wydarzenia trwało jakieś 7 minut i zapisałam się na Ambitną Jedenastkę. Myślałam też nad trasą 22 km, ale po krótkiej analizie stwierdziłam, że 11 będzie fajną konkurencją, nie będę się aż tak stresować, po 11 jest szybsza regeneracja itd. Ale 22 też kusiło, bo przecież to by było super jako niedzielne dłuższe wybieganie i od razu w trudnym górskim krakowskim terenie. 

Nadszedł listopad, a wraz z nim pierwszy bieg z cyklu GPK, który sprawił mi niemałą radość, bo można było znów poczuć się jak dziecko taplające się w błotku. Nie miałam żadnych oczekiwań, planów czasowych, chciałam po prostu sprawdzić jak to wygląda, bo słyszałam o tym biegu już od kilku lat i byłam ciekawa. Błotne kałuże, błotne zjeżdżalnie, błotne podejścia - tak w skrócie wyglądał ten bieg. W połowie listopada jako jedno z dłuższych wybiegań postanowiłam zrobić wycieczkę pod Kopiec Kościuszki. Tam jest taki długi 1,5 kilometrowy podbieg, bardzo męczący, a moim postanowieniem było nieprzechodzenie do marszu i zrobienie całości biegiem. Wbiegłam tam 4 razy i wymęczyłam się okrutnie, ale też byłam usatysfakcjonowana, że nie poddałam się po pierwszym podbiegu, choć miałam na to ochotę.

18 listopada odbył się Bieg Lovelas i w jego ramach wystartowałam w Dyszce Van Berde. Zdobyłam 3 miejsce open wśród kobiet, co dało mi mega motywację i radość, bo pierwszy raz na Lovelasie stałam na podium, choć brałam udział już 6 razy. Listopad przetrenowałam sumiennie, starałam się nie odpuszczać, nie marudzić, tylko regularnie biegać.

I przyszedł grudzień, a wraz z nim zima i drugi start w GPK. Tym razem zamiast błota przywitał nas las z półmetrową warstwą śniegu. Było trudniej i w tych miejscach, gdzie ostatnio dało się całkiem normalnie biec, tym razem nie było to takie proste, ale z drugiej strony tam gdzie w listopadzie były błotne zjeżdżalnie i okopy, to tym razem dzięki warstwie śniegu można było przebiec tamtędy bez tańczenia i potykania się o własne nogi. Mimo to czas miałam trochę gorszy. Chciałam w grudniu trenować intensywnie i przez pierwsze 2 tygodnie ćwiczyłam prawie codziennie. 16 grudnia wyszłam na luźne bieganie i miałam w sobie tak dużo siły, że zamiast biec w okolicach 6:00 min/km, zrobiłam 6 km po 5:16 min/km. Wróciłam super zadowolona, wieczorem poszłam na imprezę urodzinową. No i po 10 dniach bez przerwy w treningu następnego dnia rano dopadło mnie przeziębienie, co mogłam przewidzieć, bo często tak było, jak nie dawałam sobie odpoczynku. Nie straciłam formy jakoś bardzo, ale nie było to też bez znaczenia, bo takie przerwy zawsze robią jakieś straty.

Przez ten czas oglądałam jak wszyscy biegają i ćwiczą przez święta, z żalem opuściłam wigilijne bieganie Zabieganych dla schroniska w Mielcu, a ja głównie leżałam pod kocem i jadłam cukierki z choinki. Postanowiłam, że zanim pójdę na trening, to wykuruję się w stu procentach, nie chciałam bezsensownie przedłużać sobie choroby zbyt szybkim powrotem, choć bardzo mnie korciło. Moja przerwa trwała 1,5 tygodnia i wróciłam do biegania 27 grudnia. Przypomniałam sobie też, że w październiku zamówiłam sobie tokeny z kodem Parkrun. Parkrun to taki darmowy cykl biegów na 5 km, które odbywają się co tydzień w wielu miastach na całym świecie, a w Polsce jest kilkadziesiąt (na moment kiedy to piszę 94) lokalizacji, w samym Krakowie jest 3. Jak byłam jeszcze na studiach, to brałam w nim udział kilka razy i teraz chciałam wrócić i co jakiś czas sprawdzać swój czas na piątkę. 

I przypomniałam sobie, że zamówiłam te tokeny, a ani razu nie pojechałam na Błonia, żeby pobiec, więc postanowiłam w końcu wstać w sobotę rano i pojechać. Zaplanowałam sobie też, że nadrobię grudniowe kilometry i z powrotem wrócę biegiem (mieszkam daleko od centrum), więc w sumie zrobiłam dłuższe wybieganie z wstawką szybszych 5km. Te półtora tygodnia przerwy zrobiły swoje, bo jedyne co byłam w stanie wyciągnąć to 25 minut i 41 s (średnie tempo 5:09 min/km), czyli prawie 4 minuty gorzej od mojej życiówki. Ale ja wiem, że wszystko to jest do wypracowania. Kiedyś już byłam szybsza i wiem, że jak odpowiednio dużo popracuję, to dotrę do miejsca, w którym chcę być. Ostatniego dnia roku dobiegłam jeszcze 12 km, żeby wyrównać do 100 km w grudniu i tak zakończyłam ten rok pełen wrażeń.

A teraz moje ulubione, czyli statystyki (ze Stravy):

Przebiegłam 1551,1 km w 165h 13m, w tym było 14 794 m przewyższeń.
3 razy zdobyłam miejsce na podium, w tym raz w kategorii open, a 2 razy w kategorii wiekowej K20.
Nie pobiłam żadnej życiówki, ale to nie było w tym roku celem.

Realizacja celów:
-Półmaraton Marzanny poniżej 1:50 - nieosiągnięty, ostatecznie 1:51:01
-Bieg nocny poniżej 50 minut - osiągnięty, ostatecznie 49:36
-Cracovia Półmaraton w 1:45 - nieosiągnięty, ostatecznie 1:52:54
-Pobić czas z zeszłego roku w Dyszce Van Berde - osiągnięty, 59:23
-Ukończyć w regulaminowym czasie 3 ultramaratony - osiągnięty!

Pozdrawiam!

środa, 6 grudnia 2023

9. Cracovia Półmaraton Królewski - relacja z biegu

To było dla mnie naprawdę niespodziewane. Stając na starcie kompletnie nie wiedziałam, jaki wynik będzie na mecie ani jak to się wszystko potoczy, czy będę w stanie bez problemów przebiec cały dystans, czy raczej padnę jak zwykle na 13 kilometrze i będę walczyć o życie… Ale od początku!

fot. Eryk

Zapisując się na bieg w czerwcu miałam ambitne plany, że przygotuję się na tempo 5:00 min/km, czyli wynik ok. 1h45min. Ale życie zweryfikowało ten plan, bo po drodze wystartowałam w górskim ultra, potrzebowałam więcej odpoczynku i zdarzało mi się odpuszczać treningi. W rezultacie nie biegałam tyle, żeby móc uwierzyć w taki wynik, ale trenowałam w miarę możliwości: wykonałam jakieś  50-60% planu treningowego, kilka razy byłam na górskich wycieczkach, co razem wzięte pozwoliło mi jako-tako trzymać stałą formę. 

Wstałam rano po całkowicie przespanej nocy, zjadłam lekkie śniadanie (płatki kukurydziane z mlekiem i bananem - najprostsze jakie się da), założyłam przygotowane wcześniej ubrania i byłam gotowa do wyjścia. Lubię startować w Krakowie, bo nie muszę nigdzie jechać samochodem, martwić się szukaniem parkingu itd., tylko po prostu wsiadamy w tramwaj i jedziemy. Oszczędzę wam opisów tego jak się czułam, gdy cały 30-minutowy przejazd w tramwaju myślałam o tym, że po wyjściu muszę szybko szukać tojtoja.

Na szczęście tojtojów było dużo, gdyż organizatorzy musieli się przygotować na najazd ok. 8000 biegaczy (to chyba krakowski rekord!), więc szybko załatwiłam sprawy, poczułam się o niebo lepiej i już bezstresowo mogłam czekać na start. Krótka rozgrzewka, strzelenie foteczki, ściągnięcie wierzchniej odzieży i byłam ready.

fot. Eryk

Ustawiłam się na końcu różowej strefy startowej, czyli na 1:40-1:49, bo tak miałam napisane na numerze, ale widziałam też obok siebie osoby z tej dalszej strefy, na 1:50-1:59, więc stwierdziłam, że chyba jest ok.

mapa ze strony cracoviapolmaraton.pl

Zaczęłam naprawdę spokojnie, dużo osób mnie wyprzedzało, ale droga była szeroka, więc nie przejmowałam się, że ktoś może nie mieć miejsca. Dla mnie to jest komfort dla głowy, gdy wiem, że “nikomu nie przeszkadzam” biegnąc zbyt wolno, ale walczę z tymi przekonaniami, bo przecież ja też mam prawo sobie biec. Pierwszy kilometr poleciał w ok. 5:30 min/km, wiedziałam że takim tempem na spokojnie zrobię czas poniżej 2h i prawdopodobnie nie grożą mi większe kryzysy (choć kto wie, bo w tamtym roku nawet takie tempo było dla mnie za szybkie i zmiotło mnie po 7 kilometrze), czułam się dobrze. 

Ok. 2-3 kilometra poczułam, że ktoś mnie zaczepia i się do mnie przytula i zobaczyłam, że to Robert z Wojtkiem z Zabieganych, co mnie mega ucieszyło, bo dawno się nie widzieliśmy. Z Robertem zawsze się ścigaliśmy na biegach, bo byliśmy na podobnym poziomie, potem ja straciłam formę, a Robert się wciąż poprawiał, więc wygrywał ze mną wszystkie zawody. 

fotografia od Roberta :)

Ogólnie myślałam, że chłopaki szybko mnie zostawią, bo widać było, że mają siłę na szybsze bieganie, ale tak dobrze nam się gadało i miło biegło, że stwierdziłam, że spróbuję dotrzymać im kroku jak najdłużej, a najwyżej odpuszczę za parę kilometrów.

Gdy wbiegliśmy na Planty, a później po przebiegnięciu Bramy Floriańskiej podążaliśmy w kierunku Rynku i zobaczyliśmy tych wszystkich ludzi bijących brawo, a nie tylko czekających na przejście przez ulicę, to pochłonęła nas atmosfera i dostaliśmy przypływ niesamowitej energii.

fot. fotomaraton.pl 
fotki z tej strony zakupiłam w pakiecie, polecam szukać za pomocą swojego selfie, AI znajduje wszystkie zdjęcia na których jesteśmy, nawet jak nie widać numeru startowego.

Kilometry zaczęły mijać bardzo szybko, po ok. 5:15-5:18, tak szybko, że zaczęłam się bać, że mogę nie wytrzymać. Ale póki co wszystko było dobrze.

Na 7 km zjadłam żel, wiatr nad Wisłą wiał w plecy, kibice wciąż kibicowali, my radośnie skakaliśmy przez kałuże, a słońce świeciło i tak nam mijał czas. Naprawdę dziwiłam się, że czułam się tak dobrze.

może nie widać, ale czułam się ok :D fot. fotomaraton.pl

Przy punktach odżywczych chłopaki na mnie czekali, Robert powiedział, żebym nawet nie próbowała zwalniać, bo oni mnie nie zostawią. Więc postanowiłam, że spróbuję powalczyć jak najdłużej. 

fot. od Roberta

fot. fotomarton.pl

fot. fotomaraton.pl

Trasa nie była płaska, ale takie już są biegi w Krakowie. Tutaj nawet na najbardziej płaskiej powierzchni, czyli na Błoniach, nie jest płasko (ale przez Błonia nie biegliśmy). Nad Wisłą jest całkiem płasko, ale nie do końca, bo tam też czekały na nas podbiegi i zbiegi. Minęła połowa trasy, czyli ta łatwiejsza połowa, bo druga część biegła do Tauron Areny, później w kierunku Nowej Huty, a zawrotka była dopiero przed Placem Centralnym. 

fot. od Roberta

Na 12 km przy długiej prostej przy Tauronie było mnóstwo kibiców, wiele osób trzymało transparenty z motywacyjnymi hasłami, ale byli też moi kibice, czyli Eryk i mama z tatą. Widok bliskich osób zawsze podnosi na duchu i przy okazji dodaje +10 do tempa.

Trasa była tak poprowadzona, że właśnie w tym momencie zaczęliśmy widzieć przybiegających z naprzeciwka szybszych zawodników. Ja biegłam trochę zbyt wolno, żeby zdążyć zobaczyć czołówkę, ale mogłam przypatrzyć się pojedynczym zawodnikom.

fot. fotomaraton.pl

Dla mnie zawsze to jest ciekawy i motywujący moment. Część osób nie lubi, gdy na trasie są zawrotki, gdy biegnie się tam i z powrotem po tej samej drodze, ale dla mnie to jest fajna możliwość podglądania nie tylko tych osób, co biegną koło mnie, ale zwłaszcza tych szybszych. Widzę, że oni też się męczą (czasem nawet bardziej), też cierpią i walczą. Mogę na chwilę uciec myślami od mojego zmęczenia i zająć głowę czymś innym. 

Ustaliliśmy z chłopakami, że na 14 kilometrze jemy żele, więc tak też zrobiliśmy i akurat zaraz mogliśmy je popić, bo pojawił się punkt odżywczy z wodą. Wolontariusze w Krakowie zawsze mnie zaskakują, nieważne ile razy tu biegam, nieprzerwanie jestem pod wrażeniem tego entuzjazmu, z jakim dostaję kubek z wodą. Młodzież krzyczy “powodzenia, dacie radę , biegnijcie, już niedaleko” i nieważne, że tak naprawdę wcale nie jest niedaleko, to i tak ich radość i energia się udziela.

Biegliśmy wciąż razem z Robertem i Wojtkiem, zaczęło się robić gęsto i koło 17-18 kilometra dogoniły nas balony na 1:50 (czyli pacemakerzy prowadzący grupę). Ja zostałam pochłonięta przez tłum i mimo że nie zwolniłam jakoś bardzo, właściwie w ogóle nie zwolniłam, to chłopaki mieli moc i przyspieszyli do ok. 5:00 min/km, co pozwoliło im utrzymać się w dalszym ciągu przed balonami. Ja pozostałam przy tempie ok. 5:15-5:20 min/km i dalej walczyłam już sama. Do mety zostało jakieś 3 km. To relatywnie niewiele patrząc na cały dystans, ok. 15 minut i koniec. I tak już w tamtym momencie byłam bardzo zadowolona.

fot. fotomaraton.pl

Ostatni odcinek biegłam z uśmiechem na ustach, pozwoliłam, żeby porwała mnie atmosfera, zaczęłam przyspieszać, żeby jeszcze więcej endorfin do mnie dotarło. Biegacze wokół mnie też zaczęli przyspieszać, bo wszyscy już czuli, że zaraz będzie meta i można sobie pozwolić na trochę szaleństwa. 

fot. moi rodzice

fot. fotomaraton.pl

Zrobiło się gęsto od kibiców, pobiegliśmy z powrotem pod Tauron Arenę, jeszcze raz spotkałam moich rodziców, grała muzyka, było naprawdę super. Ostatni kilometr poleciałam w 5:05, byłam szczęśliwa, zadowolona, usatysfakcjonowana i nawet nie tak bardzo zmęczona. Zbiegliśmy w ciemność i ogarnęły nas kolorowe światła, głos spikera, muzyka i kibice.

fot. fotomaraton.pl

fot. fotomaraton.pl

fot. fotomaraton.pl

Ta meta w Tauron Arenie zupełnie inaczej smakuje, gdy się biegnie z radością i z dobrym jak na siebie wynikiem, niż gdy wbiega się tam z rezygnacją, po przykrej walce z samą sobą i swoim prawie najgorszym rezultatem w połówce (gdzie gorszy był tylko debiut). Tym razem na szczęście czułam to pierwsze. 

nie mogę ze swojej miny xd
fot. fotomaraton.pl

Czas na mecie: 1:52:54, miejsce 378/1905 wśród kobiet i 99/467 w kategorii K18. Byłam na mecie o 23 minuty szybciej niż w tamtym roku! No i cały bieg właściwie był negative splitem, czyli każda kolejna piątka była szybsza niż poprzednia.

fot. fotomaraton.pl

Po raz kolejny potwierdziła się teoria, że lepiej jest wolniej zacząć i przyspieszać kiedy się ma siłę, niż zacząć za szybko i później umierać i pogrążyć się w kryzysie.

Dziękuję Robertowi i Wojtkowi za motywację i towarzystwo, bez Was na pewno by się nie udało!

fot. Eryk

Pozdrawiam!