Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 stycznia 2023

Nie sądziłam, że to kiedykolwiek się wydarzy... wracam!

5 lat temu porzuciłam pisanie bloga. Dlaczego? Było kilka powodów:

1. Moje posty pojawiały się coraz rzadziej, bo przestałam czuć potrzebę ich tworzenia.

2. Nałożyłam na siebie presję, aby każdy mój wpis był fajny, musiał mieć walory edukacyjne (dietetyka sportowa) albo opisywać jakąś historię (zazwyczaj starty w zawodach), albo być takim miłym wpisem z dozą humoru. I oczywiście coraz trudniej było temu sprostać.

3. Po napisaniu połowy relacji z jednego z biegów (1.Półmaratonu Lovelas) doświadczyłam dużej blokady w pisaniu. Nie mogłam zebrać się do pracy nad tym postem, aż minęło tyle czasu, że stwierdziłam, że bez sensu jest go w ogóle kończyć, bo wszyscy dawno o tym zapomnieli. w tamtym roku odpuściłam też opis Runmageddonu Hardcore, Duathlonu w Mielcu, Festiwalu w Krynicy i kilku innych biegów, w których brałam udział.

4. Nie wiem czemu, ale miałam uczucie, że mój blog jest trochę dziecinny, że blogowanie jest dla nastolatków i powinnam już odpuścić, bo "nie wypada". Zapomniałam po co w ogóle zabrałam się za pisanie, straciłam frajdę z tworzenia i zaczęłam to traktować jak obowiązek, a nie zabawę.

5. Mój blog polegał głównie na pokazywaniu moich uczuć i przeżyć związanych z bieganiem i treningami, a w tamtym momencie chyba potrzebowałam przestać się aż tak uzewnętrzniać.

Czy żałuję, że przestałam pisać?

Trochę tak. Parę lat tu nie zaglądałam i jak w końcu odważyłam się sprawdzić, czy strona jeszcze istnieje, to wzruszyłam się z tego względu, że dzięki blogowi mogę odzyskać tyle wspomnień. Wielu z tych rzeczy, które się wydarzyły już nie pamiętam, a dzięki moim wpisom mogę przypomnieć sobie co czułam, jaka byłam, o czym myślałam.

I trochę żałuję, że tych ostatnich pięciu lat nie mam zapisanych w postach i zdjęciach.

Chociaż jakby się zastanowić, to część tego publikowałam na instagramie, lecz nie tak obszernie jak na blogu. Instagram ma ograniczenia znaków i wiem, że ludzie nie czytają długich postów. Blog to trochę inna bajka.

Wiem też, że kiedyś miałam kilku wiernych czytelników i czytelniczek, często pisałam posty z myślą o tych właśnie osobach, żeby miały co czytać do popołudniowej herbaty.

Czy wrócę do pisania? Nie wiem :D Ale już od kilku miesięcy o tym myślałam, tęskniłam za moim blogiem i brakowało mi miejsca, gdzie mogłabym sama dla siebie opisywać wspomnienia związane z tą miłą cząstką mojego życia, jaką jest bieganie i rzeczy z nim związane.


Co się działo przez te 5 lat nieobecności?

W sumie większość jest na insta ;) A tak w skrócie (i chronologicznie):

-po porzuceniu pisania wzięłam się za ostre trenowanie (paradoksalnie mogłabym tworzyć wtedy najlepsze posty)

-dzięki temu pobiłam wszystkie życiówki w bieganiu, zaczynając od mojego ukochanego półmaratonu (1:41:21), potem 5 km (21:55) i 10 km (46:33). Na maraton musiałam poczekać kolejne 4 lata (4:06)

-skończyłam studia i zostałam Panią Magister Dietetyki

-wzięłam udział w Triathlonie!

-przebiegłam swój pierwszy ultramaraton (na 64 km) na Festiwalu Biegowym w Krynicy we wrześniu 2018 r. Zajęło mi to 10h 34 min

-w 2019 roku razem z Rysiem wzięliśmy udział w Biegu Rzeźnika - jakimś cudem zostaliśmy wylosowani mimo małej ilości punktów. Różne przeciwności losu sprawiły, że dotarliśmy do 51 km i zakończyliśmy tę przygodę (którą mega miło wspominam tak btw.). To był mój pierwszy DNF w życiu :D

-w tym samym roku jeszcze raz spróbowałam przebiec ultra 64k w Krynicy, ale już z gorszym rezultatem.

-w 2019 dwa razy stałam na podium w kategorii wiekowej k20 na Wierzchosławickich Leśnych Biegach z Mrówką i na Borzęcińskiej Dysze

-w 2020 rok wchodziłam pełna nadziei na nowe życiówki, ale niestety przyszedł covid i przestałam intensywnie trenować.

-w międzyczasie wyszłam za mąż w lipcu 2020 :D

-sezon 2021 był dla mnie mało intensywny, niewiele się działo biegowo i treningowo.

-w sezonie 2022 ruszyłam trochę do przodu. I chyba pokuszę się o zrobienie podsumowania tego roku.



więc… (chyba) stay tuned!

Pozdrawiam!

poniedziałek, 27 marca 2017

Jak uniknęłam kryzysu na półmaratonie?


Półmaraton Marzanny już za mną, emocje opadły, lecz na środowym rozbieganiu dopadła mnie pewna myśl. Otóż zaczęłam się zastanawiać jak to się właściwie stało, że nie miałam żadnego kryzysu na trasie? Nic nie bolało, nie miałam myśli o zejściu z trasy, a nawet chciałam, żeby ten bieg trwał i trwał. Zaczęłam przypominać sobie jak wyglądał cały poprzedni tydzień oraz dzień biegu i porównałam swoje spostrzeżenia z moimi wcześniejszymi półmaratonami, których było w sumie 8. Na każdym wcześniejszym w okolicach 15-18 km miałam kryzys, który trzymał do samej mety i musiałam ze sobą walczyć, żeby biec, chciałam rezygnować, poddać się itd. Ale w niedzielę czegoś takiego mnie miałam. Najgorszy był tylko ostatni kilometr, bo był po prostu pod mocny wiatr i biegłam troszkę szybciej niż cały bieg. Więc w sumie kryzysu nie było. Dlaczego? Doszłam do wniosku, że miało na to wpływ kilka czynników:

1. Odpoczynek. Myślę, że ważną kwestią było to, że przez cały tydzień poprzedzający bieg miałam dużo luzu. Nie chodziłam na wszystkie wykłady tak jak zwykle oraz zrobiłam tylko dwa krótkie, szybkie treningi i poniedziałkową ogólnorozwojówkę. Właściwie we wtorek byłam na zawodach, bo miałam okazję wystąpić w Akademickich Mistrzostwach Małopolski, ale to był tylko bieg przełajowy na 2 km, więc nie traktuję tego jako coś bardzo męczącego. Dodatkowo większą niż zwykle uwagę poświęcałam ćwiczeniom stabilizacji kolan, bo niestety jak bolą kolana, to nie da się ani dobrze odbić, ani dobrze wylądować, co rzutuje na prędkość i technikę. W czwartek zrobiłam sobie rozbieganie z 500-metrowymi przyspieszeniami i to było wszystko. Potem dwa dni odpoczynku i start na świeżych nogach.

2. Dużo węglowodanów. Nie robiłam żadnego ładowania węglowodanami w powszechnym tego słowa znaczeniu, tak jak się to robi przed maratonem, ale w sobotę na dzień przed biegiem moje posiłki zawierały sporą ilość węglowodanów. Tych prostych i tych złożonych. Dodatkowo wieczorem wypiłam koktajl bananowo-mleczno-owsiany, w razie gdyby jednak następnego dnia dopadł mnie stres przedstartowy i nie mogłabym przełknąć śniadania. Na szczęście stres mnie nie dopadł i na dwie godziny przed biegiem zjadłam troszkę większe niż zwykle śniadanie. Dodatkowo skupiłam się też na odżywianiu w trakcie biegu. Na wcześniejszych półmaratonach miałam założenie, że jest to na tyle krótki dystans, że woda i izotoniki mi wystarczą, teraz jednak postanowiłam jeść podręcznikowo 30g węgli (w postaci żeli) na każdą godzinę wysiłku. Miałam pewne obawy, bo mój układ pokarmowy nie jest chętny na przyjmowanie czegokolwiek w trakcie biegu, jednak tym razem dał sobie z tym radę. Dzięki temu miałam siłę przebierać nogami do samego końca.

3. Bez stresu. Zwykle kiedy zakładam sobie, że chcę pobiec na życiówkę, to bardzo się denerwuję przed biegiem. Teraz nie chciałam bić życiówki, więc i stresu nie było. Założenia zmieniły się dopiero w trakcie, kiedy po kilku kilometrach stwierdziłam, że mam siłę i mogę zacząć przyspieszać, ale wtedy już nie było czym się stresować.

4. Lekkie buty. Na ten bieg ubrałam najlżejsze buty jakie mam w swojej biegowej szafie. Kupiłam je niedawno, bo chciałam mieć coś do treningów na sali i sprawdziły się idealnie.

5. Lekkie ubranie. Zazwyczaj miałam tendencję do ubierania się zbyt grubo, zwłaszcza na zawody organizowane w miesiącach zimowych. Po prostu nie lubię marznąć. Ale tym razem, pomimo 5 stopni i porywistego wiatru postawiłam na krótkie spodenki i lekką koszulkę z długim rękawem. W końcu nie było mi ani za zimno, ani za gorąco.

6. Pierwsza połowa z wiatrem. Na początku bardzo się bałam tego wiatru, ale okazało się, że jest on sprzymierzeńcem. Przez pierwszą część dystansu dzięki niemu biegło się lekko i przyjemnie. Dopiero potem dawał się we znaki, ale wtedy już byłam dobrze rozgrzana i rozpoczęłam walkę o życiówkę.

7. Dieta. Od jakiegoś czasu jeszcze bardziej zwracam uwagę na to, co jem. Nie, żebym wcześniej jakoś specjalnie źle się odżywiała, ale teraz po prostu robię to lepiej. Ograniczyłam cukry proste do minimum, teraz czerpię je tylko z owoców świeżych i suszonych. Słodycze jem rzadko, zazwyczaj te, które sama zrobię. Zdecydowanie zwiększyłam też ilość spożywanych warzyw, dbam o różnorodność węgli złożonych (makarony i pieczywo w większości zamieniłam na wszelakie kasze z dodatkami) i pełnowartościowe białko. Ogólnie czuję się lepiej, lżej, a nawet ubyło mi 2 kilo.


To chyba wszystko. Nie było jednego konkretnego elementu, który mi pomógł, ale wszystkie razem złożyły się na ten mały sukces :). 

Pozdrawiam!

wtorek, 10 stycznia 2017

Biegowe postanowienia noworoczne 2017.

Długo zastanawiałam się, czy robić jakieś konkretne postanowienia noworoczne, czy nie. Bo z jednej strony: co takiego wielkiego w zachowaniu może spowodować zmiana daty? A z drugiej - warto mieć jakiś cel na nowy rok, coś do czego będzie się dążyć. Zbliża się też nowy wiosenny sezon startowy i myślę, że każdy biegacz ma już plany dotyczące zawodów i treningów lub przynajmniej zaczyna je układać w głowie. Wykupujemy pakiety, rezerwujemy noclegi i już tylko zostaje nam czekać i skrupulatnie trenować. W związku z tym ja też już kilka planów poczyniłam i chcę się dzisiaj nimi podzielić. Mówią, że jak się komuś powie o swoich postanowieniach, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że się je spełni.



1.19 marca pobiegnę w krakowskim Półmaratonie Marzanny. Mam sentyment do tego biegu, ponieważ był to mój pierwszy bieg uliczny i od 2012 roku tylko raz zrezygnowałam ze startu, bo wybrałam inny półmaraton. Już jestem zapisana, pakiet opłacony, więc odliczam dni :).

2. Chciałabym też poprawić czas na 10 km i jestem w trakcie poszukiwań jakiegoś fajnego biegu.

3.W tym roku chcę w końcu zrobić Weterana Runmageddonu, więc trzeba będzie pobiec Rekruta, Classica i Hardcore. Dlatego też od jakiegoś czasu kładę większy nacisk na ćwiczenia siłowe i ogólnorozwojowe (przydatne zwłaszcza gdy na zewnątrz szaleje smog i mróz).

4. Oprócz tego chciałabym pobiec w kilku biegach trailowych, zaczynając od Wisłok Trail. Nie mogę sobie wybaczyć mojej pomyłki z tamtego roku (zagapiłam się i zgubiłam trasę, nadrobiłam 1,5km), więc chcę spróbować swoich sił jeszcze raz, mam nadzieję, że z lepszym rezultatem.
A na koniec lata zaplanowany mam udział w Gorlickim Biegu Górskim, tylko znów mam dylemat czy wybrać krótszą, czy dłuższą trasę :D

5.Chcę w końcu zrobić szpagat. Rozciąganie się jest bardzo ważne, zwiększa elastyczność mięśni, a dobre rozciągnięcie pomaga w poprawnym wykonywaniu różnych ćwiczeń (np. wieloskoków, ćwiczeń na płotkach itp.). A do szpagatu jeszcze długa droga przede mną:


6. Maratonu znów w tym roku nie pobiegnę. Jeszcze nie ten czas :)

Pozdrawiam!

niedziela, 8 stycznia 2017

Wspomnienie 2016.

Zabierając się do pisania tego posta miałam w głowie myśl, że niestety znów będę musiała napisać, że ten rok pod względem biegowym był do bani, bo: 
-przebiegłam bardzo mało kilometrów, 
-niewiele startowałam, 
-na blogu cisza i hula wiatr. 
Ale po dłuższym zastanowieniu, pomimo tego, że te trzy rzeczy są prawdą, ten rok wcale nie był taki zły.

Zaczął się świetnie, z przytupem. W głowie miałam mnóstwo planów na starty, a założenie było takie, aby wszystkie biegi były nowe, to znaczy, że miałam nie startować drugi raz w tym samym miejscu. I to się udało, choć przyznam, że korciło mnie aby zapisać się chociażby na Bieg Trzech kopców, czy Cracovia Półmaraton na jesieni. Nawet Cracovia Maraton mnie kusił, ale myślałam sobie "te biegi już znasz, startowałaś po 2 razy w każdym, poszukaj sobie czegoś innego".

Miałam dwa większe kryzysy w tym roku i po raz pierwszy odkąd zaczęłam biegać regularnie, przerwałam treningi na dłużej niż 2 tygodnie. Pierwszy z nich był w maju, kiedy w związku z pisaniem pracy licencjackiej moja doba zaczęła się kurczyć i nie starczało mi czasu na spanie. Wiem, że brak czasu to nie wymówka, ale wtedy naprawdę miałam młyn. A potem, po takiej długiej przerwie miałam spadek motywacji i ciężko było wrócić do biegania. Na szczęście miałam zaplanowane dwa biegi we wrześniu, więc trzeba było wrócić do formy i trochę się rozruszać. Drugi kryzys był w październiku. Pogorszył się mój stan zdrowia i niestety tym razem byłam zmuszona zrezygnować z biegania na zewnątrz na dwa miesiące. W grudniu na spokojnie zaczęłam wracać do regularnych treningów, ale bez forsowania się i na krótkie dystanse. Póki co jest dobrze, ale każde wybieganie w temperaturze poniżej 0 stopni kończy się u mnie łóżkiem i znikającymi paczkami chusteczek.

Ale w tym podsumowaniu chciałam się skupić bardziej na pozytywnych niż na negatywnych rzeczach i przypomnieć sobie co w minionym roku zdarzyło się fajnego:

-Zrobiłam dwie życiówki: pierwszą w marcu na Myślenickim Biegu Ulicznym na 10 kilometrów (48:38 -o około 2 minuty szybciej), a drugą w Półmaratonie Rzeszowskim w kwietniu (1:52:18 -o całe 13 sekund).

-Dwa razy stanęłam na podium. Raz na drugim miejscu w kategorii wiekowej w kwietniu w Biegu Na Grochowiska na 10 km oraz na trzecim miejscu w kategorii open na Gorlickim Biegu Górskim, który odbył się we wrześniu.

-Przebiegłam dwa terenowe biegi górskie. Pierwszy z nich to Wisłok Trail na 30 km, który odbył się w maju na trasie z Tyczyna do Rzeszowa, a organizowany był w ramach Ultramaratonu Podkarpackiego, a drugi to już wcześniej wspomniany Gorlicki Bieg Górski :)

fot.Wiktor Bubniak
 -Dzięki Sarze moja relacja z GBG ukazała się w listopadowo-grudniowym numerze magazynu Trail.


-Przebiegłam dwa Runmageddony: Nocny Rekrut w Modlinie na ponad 6 km i ponad 30 przeszkód z Erykiem (na urodziny) i Classic w Myślenicach na ponad 12 km i ponad 50 przeszkód z Mateuszem.



Poza tym:
-Zapisałam się na AZS CM UJ :)
-W sierpniu razem z moją rodziną zdobyliśmy Rysy.

-A w maju skoczyłam na bungee! 


Jak widać, kiedy patrzy się na same dobre strony i nie porównuje się do innych, to wygląda to całkiem spoko :)
A więc (pewnie będę już ostatnią osobą, która Wam to mówi) Szczęśliwego Nowego Roku!

poniedziałek, 19 października 2015

Bieg o Puchar Dziekana Wydziału Farmaceutycznego oczami... kibica.


W sobotę 17 października o 11 rano na krakowskich Błoniach odbył się Bieg o Puchar Dziekana Wydziału Farmaceutycznego pod patronatem Prorektora Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. Collegium Medicum, czyli w skrócie "Bieg 5 Na Dobry Początek". No wiecie, tak żeby z przytupem, na sportowo rozpocząć nowy rok akademicki. Oczywiście byłam na niego zapisana (chociaż to nie mój wydział) i zamierzałam pobiec z jakimś przyzwoitym czasem (była nagroda dla osoby, która przebiegnie te 5 km równo w 25 minut), jednak choroba pokrzyżowała moje plany i postanowiłam odpuścić.
W piątek wieczorem dziewczyny pojechały odebrać pakiety startowe i zadowolone wróciły do mieszkania, z radością pokazując mi ich zawartość. Swoją drogą, całkiem przyzwoitą zawartość jak na pakiet, który dostałyśmy za darmo, dzięki temu, że studiujemy na UJ. Była to koszulka techniczna i parę innych drobiazgów. Zrobiło mi się troszkę żal, bo przecież m.in. ja namawiałam je kiedyś do biegania, a teraz nie mogłam uczestniczyć w naszym wspólnym starcie. Z cichą nadzieją również pojechałam odebrać pakiet startowy i wciąż zastanawiałam się, czy nie zaryzykować. Ostatecznie stwierdziłam, że zdecyduję o tym następnego dnia rano, nie wiedziałam przecież, jak się będę czuć i jaka będzie pogoda.
Bardzo chciałam pobiec. Nawet bardzo bardzo. Jednak głos mojego rozsądku doszedł do wniosku, że to nie będzie dobry pomysł i mogę się po tym rozchorować jeszcze bardziej. Do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy w ogóle iść z dziewczynami i im kibicować, przy okazji cierpiąc wewnętrzne katusze. Ale byłam i nie żałuję.
Pierwszy raz postawiłam się w roli kibica i szczerze mówiąc, trochę dziwnie się czułam. Nie mówię, że źle, ale nieco inaczej. Wreszcie mogłam zobaczyć na żywo, jak pierwszy zawodnik wbiega na metę. Mogłam przyglądnąć się i bić brawo wszystkim startującym. Mogłam wesprzeć krzykiem moje dziewczyny, które przybiegły ze znakomitymi czasami. I mają już swoje pierwsze medale. Może one sobie jeszcze nie zdają z tego sprawy, ale ja wiem, że będzie tego więcej :). Biegło też paru moich wykładowców i ćwiczeniowców, pozajmowali całkiem wysokie miejsca. Miło jest zobaczyć kogoś w tej innej, sportowej odsłonie.
Jednak po tym wszystkim, po oglądnięciu całej dekoracji zwycięzców we wszystkich kategoriach, rozdania i rozlosowania nagród, podziękowaniach i tak dalej stwierdzam, że zdecydowanie wolę siebie po tej drugiej stronie barykady.
Więc do zobaczenia w sobotę na półmaratonie :).

Pozdrawiam!

czwartek, 25 czerwca 2015

Wkurzony? Zestresowany? Idź biegać!

Uderzanie pięściami w stół, tak że aż laptop podskakuje, nie przynosi tak dobrych efektów (potwierdzone info). Czemu? Zbyt mały czas stymulacji i brak zaangażowania całego ciała do aktywności (tylko nadgarstki potem bolą). A tak serio, to nic nie pomaga tak dobrze jak porządne wyładowanie się na treningu.

Są różne teorie na temat tego, jakie związki uwalniają się lub wytwarzają w mózgu podczas aktywności fizycznej. Nieważne, czy są to endorfiny (tzw. hormony szczęścia), fenyloetyloamina (odpowiedzialna za "motyle w brzuchu" podczas zakochania; naturalny środek antydepresyjny), czy anandamid (neuroprzekaźnik wydzielający się podczas snu i relaksu), ważne, że działają. 
Ja obserwuję to na swoim przykładzie. Już po pierwszym kilometrze zaczynam się uspokajać, przestaję myśleć, patrzę przed siebie i głęboko oddycham. Im szybciej biegnę, tym bardziej się rozluźniam (psychicznie) i mam lepszy humor. Uwalniam się od wszystkich negatywnych uczuć, od złości, frustracji, niepokoju i obaw, nagle wszystko staje się takie proste i problemy same się rozwiązują. To jest taki stan, od którego można się uzależnić, a pomocny jest zwłaszcza w trakcie sesji.

Podczas biegu, w szczególności długotrwałego, kiedy wyczerpuje się glikogen, organizm zaczyna potrzebować więcej tlenu, żeby spalać tłuszcz, wobec tego następuje niedotlenienie, które może powodować wzmożone wydzielanie endorfin. Endorfiny powodują poprawę nastroju i zwiększają wytrzymałość i odporność na ból. Wywołują uczucie przyjemności, a nawet stany euforyczne. Podobno taki stan odprężenia po wysiłku może trwać nawet 24 godziny, niestety po "odstawieniu" sportu niepokój i napięcie wracają. A to znaczy, że najlepsza na stres i złość jest regularna aktywność fizyczna. Widzę to po sobie, kiedy nie biegam parę dni, chodzę smutna i rozdrażniona :).

Tak więc idź biegać, a wkrótce staniesz się oazą spokoju :)

Pozdrawiam.

sobota, 16 maja 2015

Wiosenny test Coopera i 2 niespodzianki.

Dziś już po raz drugi wzięłam udział w Teście Coopera. Dla przypomnienia: masz 12 minut i musisz przebiec jak największy dystans w tym czasie. Ja planowałam podczas tego testu zmierzyć sobie w przybliżeniu HRmax, czyli moje maksymalne tętno, ale jak to ja, zapomniałam wziąć ze sobą pasek od pulsometru. No cóż, może innym razem.
Chciałam sprawdzić jak przedstawia się moja forma po ograniczeniu biegania przez kontuzję. Wyszło dzisiaj 2630 metrów, czyli o 40 metrów mniej niż w październiku. Spoko, wiem dlaczego tak jest, mam obraz mojej kondycji i pozostaje mi tylko cierpliwie czekać i się rehabilitować, a później wziąć się do roboty :)

Niespodzianka 1: Odwołali mi bieg :(. To znaczy nie odwołali, ale przenieśli. The Color Run, który miał być 23 maja, teraz ma się odbyć dopiero 20 września, bo zmieniają trasę czy coś. A przygotowywałyśmy się z Asią już od 2 miesięcy...

Niespodzianka 2: W czwartek 14 maja minął dokładnie rok odkąd opublikowałam pierwszy post na blogu. Nie spodziewałam się, że przez tyle czasu uda mi się pisać regularnie co parę dni. I że ktokolwiek będzie to czytał :). Bałam się, że czasem nie będę miała o czym opowiadać, ale tematy jakoś same przychodzą. Już jest tu ponad 70 postów :). Dostałam od Was tak wiele miłych słów, że momentami chce mi się płakać ze wzruszenia jak je czytam. Dziękuję.
Z biegowego punktu widzenia poszłam o krok dalej. Czuję, że mogę więcej i chcę więcej. Mam dużo motywacji, żeby coś ze sobą robić. W trakcie prowadzenia bloga przebiegłam 2 maratony, 2 półmaratony, 3 biegi na 10 km i parę innych dystansów. No i wzięłam udział w czymś tak niesamowitym jak Runmageddon (taaaak, planuję tego więcej!). Świadomość, że ktoś na mnie liczy, czeka, aż napiszę relację z jakiegoś startu, jest czasem jedyną rzeczą jaka zabrania mi się poddać lub po prostu każe mi wyjść na trening.
Dziękuję za tyle pozytywnych komentarzy i mam nadzieję, że przez kolejny rok nie stracę zapału do pisania :)

Pozdrawiam!

środa, 13 maja 2015

Będzie piekło! czyli relacja z Runmageddonu Classic.

fot.Bikelife
Jeszcze nigdy nie miałam tak wielkich "zakwasów". Serio. Trzymają mnie już 4 dzień. A wszystko za sprawą sobotniego Runmageddonu. Pewnie już o tym wspominałam, ale tak dla przypomnienia: Runmageddon w wersji Classic to 12-kilometrowy bieg z przeróżnymi przeszkodami. Tych przeszkód było prawie 60, z tym że zwykłe ogrodzenia, czy stogi siana nie wliczały się do tej puli. Za niewykonanie jakiegoś zadania trzeba było za karę zrobić 30 burpees (czyli 30 razy padnij-powstań), a każda przeszkoda była pilnowana przez sędziów.
Teraz już trochę ochłonęłam z tych wszystkich emocji, więc chciałabym choć w minimalnym stopniu opisać to, co przeżyłam w sobotę 9 maja. Nie uda mi się przekazać jak to wszystko szło po kolei, ponieważ trasa była dość skomplikowana i pozawijana i nie udało się wszystkiego spamiętać. Ale było niesamowicie.
fot.Ja
Numer startowy dostałam pod choinkę. To był najlepszy prezent. Miałam dużo czasu na przygotowania: fizyczne i psychiczne. Niestety trening trochę zaniedbałam ze względu na kontuzję, ale byłam dobrej myśli i liczyłam na pomoc chłopaków na trasie (nie zawiodłam się!). Bałam się bardzo, bo było czego. Organizatorzy założyli, że nikt nie ma prawa dotrzeć na metę suchy i czysty, ale to właśnie mi się w tym wszystkim podobało. Wszyscy byliśmy tak samo brudni i zmęczeni.
fot.Eryk
Ale serio - byłam zestresowana. Na miejsce, czyli Tor Wyścigów Konnych, przybyliśmy 1,5 godziny wcześniej, żeby odebrać pakiet startowy i już zaczęło mnie skręcać w żołądku. Patrzyłam na tych wszystkich mięśniaków i myślałam sobie "co ja tu robię z moim metr sześćdziesiąt trzy i moimi lichymi rączkami? Przecież ja tam zginę na tym torze... No ale sama tego chciałaś, nie? No to nie marudź". Przebrałam się pięknie w krótkie spodenki, co by nie zniszczyć moich ulubionych długich legginsów do biegania i w koszulkę z pakietu, bo mi się spodobała. Przed startem była wspólna rozgrzewka, chłopaki weszli na boksy i wtedy się zaczęło. Złapałam nieśmiały kontakt wzrokowy z innymi dziewczynami z mojej tury i wszystkie widziałyśmy w swoich oczach ten sam niepokój, ale też podekscytowanie.
Trasa :). Czaszki to przeszkody.
Biegniemy! Będzie piekło!
Pierwsza przeszkoda: worek z piachem na ramię i lecimy. Był ciężki. Naprawdę ciężki. Mieliśmy z nimi przejść jakieś pół kilometra, a po drodze było bajorko. Zbliżając się do niego zauważyłam, że dziewczyna przede mną straciła równowagę i wpadła cała do wody razem z tym workiem. Założyłam, że ja będę sprytniejsza i będę uważać! Pierwszy krok do wody, przewracam się, siedzę na tyłku po szyję w jeziorze. Super. Jakoś udało mi się podnieść, zarzucić worek na ramię i dokończyć tę przeszkodę. I wtedy zrozumiałam, że naprawdę nie będzie łatwo. Ale przetrwam, choćby nie wiem co!
Gdzieś tam jestem w tym tłumie :)
Najgorsze były te wszystkie 3 metrowe ściany, które trzeba było przeskoczyć. Bez pomocy kogoś, kto podawał mi stopkę, ani kogoś, kto wciągał mnie na górę nie dałabym rady. Za cholerę nie pokonałabym tego toru sama i właśnie na tym to miało polegać. Współpraca.
fot.Bikelife
A biegło mi się wspaniale. Przynajmniej to lubię robić i chyba w miarę mi wychodzi. Trasa biegowa była bardzo urozmaicona: zbiegi, podbiegi, trawa, błoto, jeziora, zjeżdżanie na pośladkach i chodzenie na czworakach. W jednym z rowie, przez który musieliśmy się czołgać, było pełno dżdżownic, w innym z kolei było tak ciemno, że nie widziałam własnych rąk, a podłoże było tak lepkie i błotniste, że prawie straciłam buty.
Czasami czułam się jak dziecko, które bawi się na świeżym powietrzu, przechodzi przez wszystkie możliwe płoty, wspina się po drzewach i nie martwi się o nic. Najlepsze było to, że w ogóle nie wiedziałam, która jest godzina, na którym kilometrze jestem i ile przeszkód jeszcze zostało. Totalny luz i uwolnienie się od zegarka. Co jakiś czas nam mówili, który to kilometr i wiem, że jak przeszłam drogę z oponą to był dopiero 4.
fot.Bikelife
Pamiętam, że przez jakiś czas biegłam sama i moim oczom ukazała się duża góra usypana z ziemi, a za nią tłumek gapiów i fotografów. "Co tam jest takiego fajnego?" Wlazłam na górę, patrzę w dół, a tam wielka dziura wypełniona brudną wodą i błotem. Ktoś krzyknął, żebym skakała, ale ja wolałam sobie zjechać na czterech literach. Tylko potem trzeba było stamtąd jakoś wyjść. Wszystkie lufy aparatów skierowane na mnie, a ja się taplam w błocie, milutko :).
fot.Bikelife
Jakiś czas (i parę przeciwności losu) później była najgorsza przeszkoda ever. 30-kilogramowy betonowy blok, który trzeba było wyprowadzić na spacer. Utknęłam na tym dobrych parę minut. Obwiązałam się liną wokół pasa, ciągnęłam rękami z całych sił, ale to było po prostu za ciężkie. W pewnym momencie widzę dziewczynę z karteczką "Stolica Hiszpanii?". "Madryt przecież". "Dobrze, możesz wracać". Jakoś dobrnęłam z tym kamolem i poleciałam dalej.

Lecę, lecę i widzę drzewo! Idealne do wspinania! Trzeba było na nie wejść i przedostać się na dach domku, przejść na drugą stronę i zeskoczyć. To było na wysokości 1 piętra, może trochę wyżej, nie pamiętam. Pani sędzia kazała skakać na szeroko rozstawione miękkie nogi z prawej lub z lewej strony, bo po środku podobno było twarde podłoże na dole. Usiadłam na tym daszku, zawahałam się na 3 sekundy "złamię nogę, czy nie złamię?", i skoczyłam. Wpadłam w pokrzywy, ubabrałam się ziemią, wstałam, jakiś chłopak zapytał, czy wszystko ok, przytaknęłam i pognałam dalej. Potem się dowiedziałam, że tylko 27 na 267 dziewczyn skoczyło z tego dachu. Reszta pewnie została ściągnięta przez chłopaków. Później była zabawna sytuacja, bo jakiś koleś stał i wrzeszczał na swojego kolegę, bo tamten bał się zeskoczyć. Przebiegłam obok niego i rzuciłam jakiś komentarz. W międzyczasie zostałam poratowana szklanką wody przez panią mieszkającą w bloku obok toru (nie było punktów odżywczych, miało być ciężko, więc było :D)
Podczas czołgania się pod zasiekami dogonili mnie i usłyszałam, że jestem idealną dziewczyną :). Połechtało się więc moje ego, a mili panowie pomogli mi przejść przez kilka następnych przeszkód, za co jestem niezmiernie wdzięczna. 



fot.Bikelife
W pewnym momencie przestałam się przejmować narastającym zmęczeniem. Dla mnie istniał tylko mój bieg i przeszkody, które miałam pokonać. Było cudownie. Właściwie to nie mogłam doczekać się kolejnych przeszkód, bo co następna to była ciekawsza.

Mniej więcej wtedy, kiedy skończyłam iść z betonowym blokiem na ramieniu, poznałam Piotra i Adriana, którzy zaproponowali, żebym się do nich przyłączyła. To było ok. 8-9 kilometra. Wtedy byłam już bardzo zmęczona, więc powiedziałam, że jak dam radę im dotrzymać kroku to z chęcią dołączę :). No więc zyskałam support na ostatnie 4 kilometry. Zyskałam też komfort psychiczny, bo wiedziałam, że jak nie dam rady, to na pewno ktoś mi pomoże :). Chłopaki serio pomagali mi na każdej przeszkodzie, bo sama już nie byłam w stanie. Miałam ręce jak z waty i tylko nogi nie odmawiały mi posłuszeństwa. Już było tak blisko do mety :)
Tylko raz robiłam karne burpees. Jak zobaczyłam 5 metrową linę, na którą trzeba było się wspiąć, to było tylko "oooooo nie... niech ktoś liczy". Raz, dwa, trzy....dwadzieścia dziewięć, trzydzieści. Po tych burpees już ledwo stałam.
Jeszcze tylko parę przeszkód, w tym kontener z wodą i lodem, gdzie trzeba było zanurzyć się w całości (miłe orzeźwienie), ogień, parę ścian...
fot.Bikelife
...żywa przeszkoda w postaci futbolistów (zostałam powalona na ziemię) i już tylko sprint do mety.

Zdjęcie dzięki uprzejmości pana Igora Kohutnickiego, na jego stronie (klik) więcej zdjęć przeszkód i ludzi :)
Najlepsze uczucie na świecie.
Na trasie spędziłam 2 godziny 38 minut i 22 sekundy. Byłam 103 wśród 267 dziewczyn (a brało udział w sumie 1367 osób, więc odsetek kobiet dość mały).
W tamtym momencie już nic nie czułam. Żadnego bólu, nic. Dostałam medal, bandanę, folię i picie. Cudownie, wszystko cudownie, ale chcę się już położyć. Podziękowałam chłopakom, że dotrzymali mi towarzystwa i rzuciłam się w trawę.
fot.Eryk

Uwaga, teraz będą drastyczne sceny! Poniżej zdjęcie moich kolan, jak wyglądały wieczorem w sobotę. Teraz siniaki już pozmieniały kolory na fioletowo żółte :). To samo na rękach.
Także polecam serdecznie. Na razie to jedno z najlepszych przeżyć w moim życiu :)
Pozdrawiam!

sobota, 25 kwietnia 2015

Plany i nadzieje na nadchodzące tygodnie.

Moje ulubione miejsce do biegania :)
Pomaratoński tydzień minął mi na odpoczynku i regeneracji. W poniedziałek rano obudziłam się z "zakwasami" na biodrach, ale zadziwiająco szybko mnie opuściły i we wtorek wieczorem już nic nie czułam. Chodziłam na spacery, na lody, biegać poszłam dopiero w czwartek, tak żeby dać sobie jeszcze chwilę urlopu. Kolano wciąż daje o sobie znać, ale ja nie daję za wygraną i ćwiczę.

 Nie macie tak czasem, że po jakimś wielkim wydarzeniu, na które oczekiwało się miesiącami, tygodniami, myślało się o nim ciągle i przygotowywało się do niego, chodzicie tacy przybici, w nostalgicznym nastroju, jakby cała energia uleciała? Ja właśnie tak mam. Czuję jakby coś się skończyło. Może dlatego, że postanowiłam zrezygnować z maratonu na dłuższy czas, a może dlatego, że po prostu mi nie poszło... Ale nieważne, było, minęło.
Mam teraz inny cel i inne wydarzenie, przed którym chyba jeszcze bardziej się denerwuję: Runmageddon Classic. Za dwa tygodnie jadę do Warszawy, żeby spróbować swoich sił w biegu na 12 km z 50+ przeszkodami. Nie wiem jak i czy w ogóle ja to przeżyję (!!!). Czekają mnie błoto, jeziora, zasieki i dwumetrowe ściany do przeskoczenia. W co ja się wpakowałam!?!. Będzie super!

A pod koniec maja może, może...The Color Run Kraków? Chciałam zmusić zachęcić moją kochaną współlokatorkę do udziału razem ze mną, ale się boi. Asiu! Bieganie nie jest straszne! (zazwyczaj). Po pierwsze, to tylko 5 km. Po drugie, nie trzeba biec szybko, a właściwie trzeba biec wolno, żeby złapać jak najwięcej kolorów. Po trzecie, nikt nam nie każe biec cały czas, można ten dystans pokonać marszobiegiem. A po czwarte, naprawdę zapowiada się dobra zabawa :)

Poszukuję jeszcze jakiegoś biegu na 10 km w okolicach czerwca/lipca, żeby się sprawdzić i ewentualnie wykręcić życiówkę, tylko nie wiem na co się zdecydować.

Pozdrawiam!

piątek, 17 kwietnia 2015

Wymienić na lepszy model...

Moje problemy z kolanami zaczęły się w grudniu zeszłego roku. Najpierw bolało mnie lewe kolano, wtedy przestałam biegać na prawie cały miesiąc i to pomogło, bo dolegliwości ustały. Ale w połowie stycznia znów zaczęło coś się dziać, tym razem z prawym kolanem. Nie przestałam biegać całkowicie, zmniejszyłam tylko ilość i objętość treningów, ale to niestety nic nie dało, i ból występował nadal. Nie chciałam przestać biegać, bo bałam się, że nie zdążę się przygotować do marcowego półmaratonu. Czułam się z tym źle, miałam wrażenie, że po prostu się starzeję, chodziłam jakoś tak krzywo, inaczej stawiałam nogi, trochę kulałam, a zwykłe podbiegnięcie na tramwaj sprawiało mi trudność i ból. To samo było z wchodzeniem i schodzeniem ze schodów. Ten dyskomfort kolanowy zabrał mi radość z biegania, a nawet ze spacerów. Zaczęłam biegać na śródstopiu, żeby zwiększyć trochę amortyzację. I tak przez 3 miesiące.

Aż w końcu moja mama wzięła sprawę w swoje ręce i znalazła mi fizjoterapeutę w moim rodzinnym mieście.
Bałam się tej wizyty. Wmówiłam sobie, że dostanę ochrzan, że nie poszłam wcześniej do żadnego specjalisty oraz otrzymam zakaz biegania. Tyle się przecież oczytałam o wizytach biegaczy amatorów u lekarzy...
Ale moje obawy się nie sprawdziły.

Po krótkiej obserwacji okazało się, że moja prawa noga jest krótsza od lewej o jakieś 1,5 cm ("Ale spokojnie, zaraz to naprawimy") i że mogę mieć zdegenerowaną chrząstkę. Zostałam powyginana i powyciągana na wszystkie strony, mój kręgosłup i stawy "strzelały" jak szalone (moja mama była przerażona), a po tych wszystkich zabiegach miałam dwie równe kończyny. Pan fizjoterapeuta powiedział, że oczywiście następnego dnia różnica znowu będzie widoczna, ale będzie już trochę mniejsza i że systematyczne "wyrównywanie" powinno doprowadzić moje nogi do porządku.
Następnie zostałam otejpowana taśmami kinezjologicznymi w celu uniesienia rzepki i ustabilizowania kolana, a potem zrobiłam 3 ćwiczenia na poduszce sensomotorycznej.


Na każdej kolejnej wizycie różnica w długości moich nóg była odrobinę mniejsza, dostawałam nowe ćwiczenia i zadanie domowe. Jak się okazuje, ból kolana wynikał między innymi przez moje słabe mięśnie stabilizujące ten staw. To wszystko wyszło podczas ćwiczeń, kiedy nawet podstawowe stanie na piłce sprawiało, że chwiałam się na wszystkie strony.

Nie biegałam przez całe Święta Wielkanocne, ale ćwiczyłam codziennie. Po powrocie do Krakowa zjeździłam pół miasta w poszukiwaniu poduszki sensomotorycznej, w końcu znalazłam prawie taką, jakiej potrzebowałam i tak sobie na niej ćwiczę każdego dnia.

Spostrzeżenia po 2 tygodniach:
-
Zaczęłam normalnie chodzić. Normalnie, czyli nie kuleję i nie stawiam prawej nogi wyprostowanej, tylko "kroczę symetrycznie".
-Podczas chodzenia nie zwracam uwagi na ból kolan, bo go nie ma. Nawet podbiegnięcie na tramwaj nie sprawia już problemu. Po 3 miesiącach odczuwania ciągłego bólu, czuję cię jakoś inaczej, ale wciąż mam obawy, że może coś pójść nie tak. Dlatego uważam na siebie.
-Podczas treningu jeszcze trochę je czuję, ale to nie jest ten dyskomfort co kiedyś.


Jak widać, na własnej skórze przekonałam się, jak bardzo ważne w profilaktyce kontuzji są dodatkowe ćwiczenia stabilizujące i wzmacniające wszystkie partie ciała. Nie wystarczy zrobić kilku szybkich brzuszków dziennie, ćwiczenia muszą być wykonywane starannie i dokładnie, żeby dawały oczekiwane rezultaty.

Pozdrawiam!