Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 maja 2024

20. Krakowski Półmaraton Marzanny - relacja

Ach ten Półmaraton Marzanny… Od niego wszystko się zaczęło i od niego zawsze się zaczyna. Chociaż wcześniej tego roku startowałam już w 4 biegach (3 razy w GPK i raz w Biegu Kobiet), to i tak wiosenny półmaraton to dla mnie rozpoczęcie sezonu startowego na dobre.

Przygotowywałam się do niego od początku stycznia, przeżyłam równe 12 tygodni z planem treningowym od Grega z Garmina. Drugiego stycznia gdy wybierałam ten plan, chciałam żeby w końcu coś ruszyło, chciałam postawić sobie cel, który będzie dla mnie ekscytujący, ale jednocześnie możliwy do zrealizowania, tak żebym nie poddała się, gdy poczuję, że coś nie idzie po mojej myśli. W sumie to był książkowy przykład wyznaczenia celu metodą SMART. Zaznaczyłam, że chcę aby plan przygotowywał mnie na wynik 1:44, co oznaczało tempo 4:56 min//km przez 21 km.

To był mój plan A - półmaraton w 1:44-1:45. Planem B było złamać 1:50, bo przez dwa poprzednie lata mi się to nie udawało, więc chociaż to byłoby super zrobić. Planu C nie było.

W sobotę dzień wcześniej wybraliśmy pakiet, żeby przed samym startem nie stresować się kolejkami w biurze zawodów i przy okazji spotkaliśmy wesołą rodzinkę Małgi i Michała. Okazało się, że Michał będzie pierwsze 10 km biegł po 5:00 min/km, a ja miałam podobny pomysł, więc mogliśmy zacząć wspólnie.

Byłam podekscytowana tym startem. Wiedziałam, że trenowałam uczciwie i sumiennie i właściwie byłam pewna, że to się uda. Mimo że na treningach tempo 5:00 min/km było dla mnie ciężkie do utrzymania nawet przez pół godziny, to czułam podskórnie, że na dzień startu trafi się ten “dzień konia”, w pozytywnym znaczeniu tego wyrażenia.

Przyjechaliśmy na Cichy Kącik prawie godzinę wcześniej, co rzadko mi się zdarza, bo zazwyczaj jesteśmy tak “na styk”. I ten wczesny przyjazd to chyba był błąd, bo było strasznie zimno, padał deszcz, niekiedy nawet śnieg, a do tego wiał dość mocny wiatr. Dla mnie to są wręcz idealne warunki do biegania, więc tego się nie bałam, ale czekanie było dość nieprzyjemne. Chciałam skorzystać z tojków i zacząć się rozgrzewać. Pierwszy raz zrobiłam też jedną rzecz, której jeszcze nie próbowałam, a mianowicie 20 min przed startem zjadłam żel energetyczny. Zazwyczaj jem je już w trakcie biegu, ale widziałam to u niektórych pro biegaczy, więc też postanowiłam spróbować.

10 minut do startu z niechęcią ściągnęłam ciepłe ciuchy i weszłam do strefy. Ustawiłam się mniej więcej w połowie odległości między balonami na 1:39 a tymi na 1:49. Zaraz koło mnie pojawił się też Michał. Pożegnałam się z moimi kibicami: Erykiem, Tatą i Davem, i punkt 11:00 ruszyliśmy.

Byłam szczęśliwa i zmarznięta, ledwo mogłam ruszać palcami u rąk, ale to było w porządku, bo ja nie lubię się zbytnio przegrzewać w trakcie biegu i lepsze dla mojej szybkości jest, aby było mi zimniej niż cieplej.

Pierwszy kilometr był z wiatrem wzdłuż Alei 3 Maja na błoniach, działała jeszcze adrenalina, a ja zaczynałam się już rozluźniać i wprowadzać w biegowy trans. Na tarczy zegarka miałam ustawione tylko kilometry, które zostały do końca, więc startowałam od 21,1km i odliczało się w dół. Co kilometr zegarek podawał mi czas ostatniego kilometra, więc tak naprawdę nie kontrolowałam na bieżąco tempa, z którym biegłam, patrzyłam tylko na Michała, sprawdzając czy jest gdzieś w pobliżu, ale głównie biegłam na samopoczucie. 

I to było dla mnie super dziwne, gdy pierwsze kilometry mijały po ok. 4:56-4:58 min/km, a ja odczuwałam je jakby to był zwykły trucht. To był dla mnie dobry znak, bo wiedziałam, że im dłużej będę biegła w komforcie, tym mniej będę cierpieć i walczyć, a byłam świadoma, że ta walka prędzej czy później się zacznie, bo ona zawsze jest. Tylko czasem się zaczyna na 18, a czasem już na 10 kilometrze.

Ze względu na remonty w Krakowie, trasa była trochę inna niż zwykle, m.in nie biegliśmy przez Most Zwierzyniecki, za to pobiegliśmy pod mostem Kotlarskim i dalej po bulwarze Kurlandzkim prawie pod most Ofiar Dąbia. Tam była zawrotka i mogliśmy oglądać biegaczy z naprzeciwka. Ja to uwielbiam, bo po pierwsze, widzę ilu facetów wyprzedziłam (:D), a po drugie, mogę czymś zająć myśli i na przykład wyglądać, czy gdzieś tam nie widzę mojej mamy. Ale mimo tylu nawrotek i mijanek z innymi biegaczami, przez całą trasę nie udało mi się jej spotkać.

Na 7 kilometrze zjadłam żel, drugi przewidziałam na 14 kilometr. Nie chciało mi się też za bardzo pić, ale z rozsądku brałam kubeczek na każdym punkcie z wodą, bo lepiej dmuchać na zimne. Uwielbiam wolontariuszy w Krakowie, naprawdę to z jakim entuzjazmem potrafią podawać kubki z wodą i banany jest wspaniałe.

Chciałam się też pochwalić refleksem, bo jak był ok. 9-10 km, to jednemu panu przede mną wypadł mały bidon z pasa gdy próbował się posilić i udało mi się go złapać i podnieść w biegu i mu oddać. 

Pierwsza połowa trasy była z wiatrem, wtedy wiadomo, biegnie się super wygodnie, nie trzeba się męczyć i jest miło. Trochę się bałam, że jak zawrócimy i zaczniemy biec pod wiatr, to moja dobra passa się skończy, ale o dziwo tak się nie stało. Dalej miałam siłę i wcale nie zwolniłam. Michał znikł mi z pola widzenia na jakieś 2 km, bo pognał do przodu, ale gdy przebiegliśmy Mostem Kotlarskim na drugą stronę Wisły i biegliśmy nowym świeżo wyasfaltowanym bulwarem, to zaczęłam go doganiać. Widziałam, że walczy z tym wiatrem, tak jak i inni biegacze wokół. Ja miałam w sobie dużo siły i chciałam przyspieszyć, ale rozsądek podpowiadał mi, że jeszcze nie czas na to. Dopiero przecież był 13 km. Ale na moim zegarku pokazywało, że jeszcze tylko 8 do końca, więc przebierałam nóżkami z nadzieją, że takie samopoczucie zostanie jak najdłużej. Jeśli czuję się dobrze na 10 kilometrze to dobry znak. Jeśli czuję, że chcę przyspieszać na 12-13 km, to bardzo dobry znak. W przeszłości zwykle to był moment, gdy zaczynał się mój kryzys, a teraz o żadnym kryzysie nawet nie myślałam. Biegło mi się naprawdę przyjemnie, chciałam, żeby ten bieg trwał i trwał. Świeciło słońce, był lekki wiatr, gdzieniegdzie stali kibice, było ciepło.

Dopiero jak zaczęliśmy wbiegać pod Wawel czyli ok. 15 km, to poczułam lekkie zmęczenie, ale nie było ono aż tak przytłaczające, żebym musiała zwalniać. Pomyślałam wtedy, że teraz właśnie zaczyna się mój bieg, od teraz będę musiała troszkę powalczyć. Obieglismy Wawel dookoła i tam był kolejny punkt z wodą. 

Kilometr wcześniej zjadłam żel i miałam nadzieję, że energia z niego zdąży do mnie dotrzeć na ostatnie minuty biegu. Zbiegliśmy na bulwary i zostało ostatnie 5 km. To tylko 5 km, co to jest! To tylko jeden Parkrun! No tylko że ja miałam już ponad trzy takie Parkruny w nogach i chciałam te ostatnie kilometry polecieć tym samym lub szybszym tempem. 

Wiatr wiał w twarz, zaraz mieliśmy dobiec na Salwator, więc zaczęła się droga pod górkę, a potem przez remontowaną ulicę i miejscami po kamieniach. Moje tempo nieznacznie spadło, ale zaraz potem na ulicy Kasztelańskiej, która prowadziła nas na Błonia, byłam w stanie powrócić do ok. 5:00 min/km. 

Wybiegliśmy na ul. Focha przy błoniach. Uwielbiam to, że stamtąd już było widać metę hen hen daleko, co z jednej strony było demotywujące, bo widać JAK TO JEST DALEKO, ale ja wtedy o tym nie myślałam. Zaczęłam stawiać przed sobą małe zadania. Dobiec do nawrotki, bo tam przestanie wiać wiatr i zacznie grać na moją korzyść. Potem odpocząć na długiej prostej z wiatrem. Potem rura do mety na ostatnim odcinku na 3 Maja. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy z pogodą, bo gdy wcześniej świeciło słońce, to w dosłownie 10 minut nadciągnęły ciemne chmury i wyglądało jakby miał nastąpić jakiś armagedon. Wiatr szalał naprawdę potężnie, zaczęło kropić deszczem, a potem śniego-gradem.

Na 20 km przy zakręcie był ostatni punkt odżywczy i wolontariuszki zagrzewały nas do walki. Było im zimno i targało je porywami wiatru, ale nie poddawały się i dzielnie trzymały kubki z wodą.

Wzięłam jeden kubek, podziękowałam i zawróciłam na zakręcie w stronę mety. I w tamtym momencie potężny podmuch wiatru prawie zatrzymał mnie w miejscu, taka to była siła. Został ostatni kilometr. Metę było widać na końcu tej strasznie długiej prostej, ale nie dało się patrzeć przed siebie.

jestem na zdjęciu tam z tyłu! fot. Krzysztof Porębski

Musiałam biec z głową w dół, bo jak tylko uniosłam twarz, to od razu dostawałam w oczy śniego-gradem. Siłą rzeczy musiałam zwolnić, mimo że przebierałam nogami z całych sił. Jakieś 100m przed metą stał mój tata i zrobił mi zdjęcia, zaraz potem był Eryk z Davem, a mi udało się trochę przyspieszyć i w końcu wpaść na metę. 21 kilometr był najwolniejszy ze wszystkich, 5:05 min/km, przez to ostateczny wynik to 1:45:07. Z jednej strony jestem super zadowolona, bo wszystko poszło tak jak miało pójść, bez wielkiego cierpienia, a właściwie z uśmiechem na twarzy przez prawie cały dystans, ale z drugiej moje biegowe serce żałuje tych 8 sekund, które dałyby wynik 1:44.

Mimo wszystko bardzo się cieszę, że powoli wracam do mojej życiowej formy, bo jest to mój drugi najlepszy półmaraton w życiu i najlepszy wynik od 6 lat. I znowu to powiem, bo zawsze mnie to dziwi w moim przypadku - systematyczny trening NAPRAWDĘ daje rezultaty. Tylko trzeba czasu i trzeba nie odpuszczać. I przeczekać te najgorsze momenty i wierzyć, że się uda. 

Pozdrawiam!


środa, 6 grudnia 2023

9. Cracovia Półmaraton Królewski - relacja z biegu

To było dla mnie naprawdę niespodziewane. Stając na starcie kompletnie nie wiedziałam, jaki wynik będzie na mecie ani jak to się wszystko potoczy, czy będę w stanie bez problemów przebiec cały dystans, czy raczej padnę jak zwykle na 13 kilometrze i będę walczyć o życie… Ale od początku!

fot. Eryk

Zapisując się na bieg w czerwcu miałam ambitne plany, że przygotuję się na tempo 5:00 min/km, czyli wynik ok. 1h45min. Ale życie zweryfikowało ten plan, bo po drodze wystartowałam w górskim ultra, potrzebowałam więcej odpoczynku i zdarzało mi się odpuszczać treningi. W rezultacie nie biegałam tyle, żeby móc uwierzyć w taki wynik, ale trenowałam w miarę możliwości: wykonałam jakieś  50-60% planu treningowego, kilka razy byłam na górskich wycieczkach, co razem wzięte pozwoliło mi jako-tako trzymać stałą formę. 

Wstałam rano po całkowicie przespanej nocy, zjadłam lekkie śniadanie (płatki kukurydziane z mlekiem i bananem - najprostsze jakie się da), założyłam przygotowane wcześniej ubrania i byłam gotowa do wyjścia. Lubię startować w Krakowie, bo nie muszę nigdzie jechać samochodem, martwić się szukaniem parkingu itd., tylko po prostu wsiadamy w tramwaj i jedziemy. Oszczędzę wam opisów tego jak się czułam, gdy cały 30-minutowy przejazd w tramwaju myślałam o tym, że po wyjściu muszę szybko szukać tojtoja.

Na szczęście tojtojów było dużo, gdyż organizatorzy musieli się przygotować na najazd ok. 8000 biegaczy (to chyba krakowski rekord!), więc szybko załatwiłam sprawy, poczułam się o niebo lepiej i już bezstresowo mogłam czekać na start. Krótka rozgrzewka, strzelenie foteczki, ściągnięcie wierzchniej odzieży i byłam ready.

fot. Eryk

Ustawiłam się na końcu różowej strefy startowej, czyli na 1:40-1:49, bo tak miałam napisane na numerze, ale widziałam też obok siebie osoby z tej dalszej strefy, na 1:50-1:59, więc stwierdziłam, że chyba jest ok.

mapa ze strony cracoviapolmaraton.pl

Zaczęłam naprawdę spokojnie, dużo osób mnie wyprzedzało, ale droga była szeroka, więc nie przejmowałam się, że ktoś może nie mieć miejsca. Dla mnie to jest komfort dla głowy, gdy wiem, że “nikomu nie przeszkadzam” biegnąc zbyt wolno, ale walczę z tymi przekonaniami, bo przecież ja też mam prawo sobie biec. Pierwszy kilometr poleciał w ok. 5:30 min/km, wiedziałam że takim tempem na spokojnie zrobię czas poniżej 2h i prawdopodobnie nie grożą mi większe kryzysy (choć kto wie, bo w tamtym roku nawet takie tempo było dla mnie za szybkie i zmiotło mnie po 7 kilometrze), czułam się dobrze. 

Ok. 2-3 kilometra poczułam, że ktoś mnie zaczepia i się do mnie przytula i zobaczyłam, że to Robert z Wojtkiem z Zabieganych, co mnie mega ucieszyło, bo dawno się nie widzieliśmy. Z Robertem zawsze się ścigaliśmy na biegach, bo byliśmy na podobnym poziomie, potem ja straciłam formę, a Robert się wciąż poprawiał, więc wygrywał ze mną wszystkie zawody. 

fotografia od Roberta :)

Ogólnie myślałam, że chłopaki szybko mnie zostawią, bo widać było, że mają siłę na szybsze bieganie, ale tak dobrze nam się gadało i miło biegło, że stwierdziłam, że spróbuję dotrzymać im kroku jak najdłużej, a najwyżej odpuszczę za parę kilometrów.

Gdy wbiegliśmy na Planty, a później po przebiegnięciu Bramy Floriańskiej podążaliśmy w kierunku Rynku i zobaczyliśmy tych wszystkich ludzi bijących brawo, a nie tylko czekających na przejście przez ulicę, to pochłonęła nas atmosfera i dostaliśmy przypływ niesamowitej energii.

fot. fotomaraton.pl 
fotki z tej strony zakupiłam w pakiecie, polecam szukać za pomocą swojego selfie, AI znajduje wszystkie zdjęcia na których jesteśmy, nawet jak nie widać numeru startowego.

Kilometry zaczęły mijać bardzo szybko, po ok. 5:15-5:18, tak szybko, że zaczęłam się bać, że mogę nie wytrzymać. Ale póki co wszystko było dobrze.

Na 7 km zjadłam żel, wiatr nad Wisłą wiał w plecy, kibice wciąż kibicowali, my radośnie skakaliśmy przez kałuże, a słońce świeciło i tak nam mijał czas. Naprawdę dziwiłam się, że czułam się tak dobrze.

może nie widać, ale czułam się ok :D fot. fotomaraton.pl

Przy punktach odżywczych chłopaki na mnie czekali, Robert powiedział, żebym nawet nie próbowała zwalniać, bo oni mnie nie zostawią. Więc postanowiłam, że spróbuję powalczyć jak najdłużej. 

fot. od Roberta

fot. fotomarton.pl

fot. fotomaraton.pl

Trasa nie była płaska, ale takie już są biegi w Krakowie. Tutaj nawet na najbardziej płaskiej powierzchni, czyli na Błoniach, nie jest płasko (ale przez Błonia nie biegliśmy). Nad Wisłą jest całkiem płasko, ale nie do końca, bo tam też czekały na nas podbiegi i zbiegi. Minęła połowa trasy, czyli ta łatwiejsza połowa, bo druga część biegła do Tauron Areny, później w kierunku Nowej Huty, a zawrotka była dopiero przed Placem Centralnym. 

fot. od Roberta

Na 12 km przy długiej prostej przy Tauronie było mnóstwo kibiców, wiele osób trzymało transparenty z motywacyjnymi hasłami, ale byli też moi kibice, czyli Eryk i mama z tatą. Widok bliskich osób zawsze podnosi na duchu i przy okazji dodaje +10 do tempa.

Trasa była tak poprowadzona, że właśnie w tym momencie zaczęliśmy widzieć przybiegających z naprzeciwka szybszych zawodników. Ja biegłam trochę zbyt wolno, żeby zdążyć zobaczyć czołówkę, ale mogłam przypatrzyć się pojedynczym zawodnikom.

fot. fotomaraton.pl

Dla mnie zawsze to jest ciekawy i motywujący moment. Część osób nie lubi, gdy na trasie są zawrotki, gdy biegnie się tam i z powrotem po tej samej drodze, ale dla mnie to jest fajna możliwość podglądania nie tylko tych osób, co biegną koło mnie, ale zwłaszcza tych szybszych. Widzę, że oni też się męczą (czasem nawet bardziej), też cierpią i walczą. Mogę na chwilę uciec myślami od mojego zmęczenia i zająć głowę czymś innym. 

Ustaliliśmy z chłopakami, że na 14 kilometrze jemy żele, więc tak też zrobiliśmy i akurat zaraz mogliśmy je popić, bo pojawił się punkt odżywczy z wodą. Wolontariusze w Krakowie zawsze mnie zaskakują, nieważne ile razy tu biegam, nieprzerwanie jestem pod wrażeniem tego entuzjazmu, z jakim dostaję kubek z wodą. Młodzież krzyczy “powodzenia, dacie radę , biegnijcie, już niedaleko” i nieważne, że tak naprawdę wcale nie jest niedaleko, to i tak ich radość i energia się udziela.

Biegliśmy wciąż razem z Robertem i Wojtkiem, zaczęło się robić gęsto i koło 17-18 kilometra dogoniły nas balony na 1:50 (czyli pacemakerzy prowadzący grupę). Ja zostałam pochłonięta przez tłum i mimo że nie zwolniłam jakoś bardzo, właściwie w ogóle nie zwolniłam, to chłopaki mieli moc i przyspieszyli do ok. 5:00 min/km, co pozwoliło im utrzymać się w dalszym ciągu przed balonami. Ja pozostałam przy tempie ok. 5:15-5:20 min/km i dalej walczyłam już sama. Do mety zostało jakieś 3 km. To relatywnie niewiele patrząc na cały dystans, ok. 15 minut i koniec. I tak już w tamtym momencie byłam bardzo zadowolona.

fot. fotomaraton.pl

Ostatni odcinek biegłam z uśmiechem na ustach, pozwoliłam, żeby porwała mnie atmosfera, zaczęłam przyspieszać, żeby jeszcze więcej endorfin do mnie dotarło. Biegacze wokół mnie też zaczęli przyspieszać, bo wszyscy już czuli, że zaraz będzie meta i można sobie pozwolić na trochę szaleństwa. 

fot. moi rodzice

fot. fotomaraton.pl

Zrobiło się gęsto od kibiców, pobiegliśmy z powrotem pod Tauron Arenę, jeszcze raz spotkałam moich rodziców, grała muzyka, było naprawdę super. Ostatni kilometr poleciałam w 5:05, byłam szczęśliwa, zadowolona, usatysfakcjonowana i nawet nie tak bardzo zmęczona. Zbiegliśmy w ciemność i ogarnęły nas kolorowe światła, głos spikera, muzyka i kibice.

fot. fotomaraton.pl

fot. fotomaraton.pl

fot. fotomaraton.pl

Ta meta w Tauron Arenie zupełnie inaczej smakuje, gdy się biegnie z radością i z dobrym jak na siebie wynikiem, niż gdy wbiega się tam z rezygnacją, po przykrej walce z samą sobą i swoim prawie najgorszym rezultatem w połówce (gdzie gorszy był tylko debiut). Tym razem na szczęście czułam to pierwsze. 

nie mogę ze swojej miny xd
fot. fotomaraton.pl

Czas na mecie: 1:52:54, miejsce 378/1905 wśród kobiet i 99/467 w kategorii K18. Byłam na mecie o 23 minuty szybciej niż w tamtym roku! No i cały bieg właściwie był negative splitem, czyli każda kolejna piątka była szybsza niż poprzednia.

fot. fotomaraton.pl

Po raz kolejny potwierdziła się teoria, że lepiej jest wolniej zacząć i przyspieszać kiedy się ma siłę, niż zacząć za szybko i później umierać i pogrążyć się w kryzysie.

Dziękuję Robertowi i Wojtkowi za motywację i towarzystwo, bez Was na pewno by się nie udało!

fot. Eryk

Pozdrawiam!

środa, 15 listopada 2023

Wyspiańska Połówka w Limanowej - relacja z biegu

Kilka dni po Magurskim Ultra poczułam pewien niedosyt. Ultrabieganie jest super, można powalczyć ze swoimi słabościami, pobyć w lesie wśród natury, pozmagać się z bólem i nauczyć się go akceptować, ale w ultra też trzeba być bardzo rozsądnym. Mam na myśli to, że nie można lecieć na łeb na szyję, tylko trzeba kalkulować i dobrze rozkładać siły. 

A ja potrzebowałam przyspieszyć, puścić nogi luzem i dać im pędzić przed siebie, tak nie za długo, bo chciałam się “zdrowo” zmęczyć, ale nie wyczerpać do zera. No i zdobyć trochę punktów w rankingu Rate My Trail, bo krótkie biegi idą mi zdecydowanie lepiej :D.

I tak myślałam sobie co mam z tym zrobić i nagle moja dłoń powędrowała do myszki i klawiatury, aby wpisać w wyszukiwarkę biegów jakiś krótszy, 15-20 kilometrowy bieg z rozsądnymi przewyższeniami, najlepiej w niedalekiej odległości od Krakowa. 

I znalazłam! Bieg o Breńskie Kierpce, 15 kilometrów długości, 650 m przewyższenia, godzinę dwadzieścia jazdy od domu, ideolo! Zachęcona od razu pobiegłam na stronę się zapisać, kliknęłam w formularz i… zobaczyłam, że limit miejsc został już wyczerpany, zapisy zakończone.

No więc szukałam dalej i natrafiłam na coś równie fajnego: Festiwal Biegów Górskich XRun w Limanowej. Beskid Wyspowy, ładna okolica, kilka biegów do wyboru. Sprawdziłam, czy jest coś dla mnie i się okazało, że oczywiście, że tak i to nawet półmaraton na 22 kilometry (;)) z 770 + m przewyższenia. Wyspiańska Połówka, bo tak nazywał się bieg, startowała w sobotę 19 sierpnia w Słopnicach.


Miałam więc ok. 1,5 tygodnia czasu na przygotowania, obmyślanie taktyki, trening, planowanie strategii żywieniowej i tak dalej. A tak serio, to po prostu cieszyłam się, że w niedalekiej przyszłości będę mogła znów stanąć na starcie i poczuć ten dreszczyk emocji, dodatkowo w pełni wypoczęta po wcześniejszych wojażach.

Stat był o 10 rano, więc mieliśmy sporo czasu, żeby się wyspać i dojechać na spokojnie z Krakowa, ale i tak nie obyło się bez stresu, bo najpierw nie mogliśmy znaleźć biura zawodów, a po odebraniu pakietu trzeba było pędzić na parking dla autobusów oddalony o 15 minut od biura, żeby dojechać na start, bo ten był na jakiejś górze daleko daleko.


No i dodatkowo było dosyć gorąco, jakieś 26 stopni w cieniu, a miało być coraz cieplej. I tu popełniłam pierwszy tego dnia błąd zabierając ze sobą tylko jednego półlitrowego soft-flaska, zamiast dwulitrowego plecaka z wodą. Chciałam pobiec szybko, więc nie brałam ani kijów, ani plecaka, bo te dwie rzeczy owszem pomagają, ale są też dodatkowym obciążeniem. Myślałam, że flask mi wystarczy, że nie będę dużo pić i jakoś dam radę, zagryzę zęby i będę cisnąć. 

No i pocisnęłam od samego startu. Pierwsze dwa kilometry były płaskie i z górki, więc poleciałam je po 4:56 i 4:44 min/km, i to był jedyny moment, kiedy można było biec tak szybko dłuższy czas. Na zbiegach czuję się całkiem pewnie, zwłaszcza gdy nogi są jeszcze świeże, więc mogłam wyprzedzać innych biegaczy gdy była taka możliwość. Następnie zaczął się podbieg i postanowiłam sobie, że będę jak najdłużej truchtać, żeby nie przechodzić do marszu, ale jednak miejscami miał on tak duże nachylenie, że musiałam go pokonywać marszobiegiem. I wtedy też zauważyłam, że wcale nie jestem dobra w podchodzeniu pod górę, tak jak mi się wcześniej wydawało. Mimo że szłam najszybciej jak mogłam, wręcz wypruwałam sobie flaki, to inni i tak mnie wyprzedzali. Nie miałam wyjścia i chcąc jako tako utrzymać tempo, musiałam próbować podbiegać pod tę górę. 

Po 3 kilometrze nastąpił skręt w prawo i po przejściu przez łąkę praktycznie zderzyliśmy się z pionową ścianą. Dosłownie tak wyglądało podejście, które właśnie się pojawiło. Na niecałym kilometrze było prawie 300 m przewyższenia (cały bieg miał 900 m przewyższeń wg mojego zegarka), szliśmy środkiem lasu, tam właściwie nie było żadnego szlaku, tylko wspinaliśmy się po zboczu pełnym paproci, korzeni, luźnej ziemi i gliny.

fot. Michał Buczyński

Moje tempo oczywiście spadło, ale najważniejszym celem w tamtym momencie było przeżyć i nie zejść na zawał. To podejście trwało całą nieskończoność, wdrapanie się na szczyt zajęło mi ponad 21 minut (przypominam, niecały kilometr! :D) i jak tak szłam sobie chwilę po szczycie, to nagle spomiędzy drzew wyrosła wieża widokowa. 

“To już? To Modyń?” Byłam trochę w szoku (mimo że przed startem studiowałam mapę i wiedziałam, że będziemy wbiegać na tę górę), to i tak zaskoczyło mnie, że tam jest TAKIE podejście. 

Więc minęły już 4 kilometry trasy, a ja właśnie zorientowałam się, że może mi się skończyć woda zanim dotrę do punktu odżywczego, który miał być przed 9 kilometrem. A co potem? 13 kilometrów w upale z jednym małym flaskiem? Wolałam nawet nie myśleć, stwierdziłam, że coś się ogarnie, jakoś to będzie…

Następne 3 kilometry były całkiem fajnym wygodnym zbiegiem, znowu mogłam choć na chwilę przyspieszyć do 5:20-5:00, bo pojawił się nawet kawałek asfaltu. 

Dobiegliśmy do wsi Wierzyka, gdzie zaczęło się kolejne podejście pod górkę. Choć było dosyć strome, to dzięki drzewom, które chroniły od słońca, można było je pokonać bez większych problemów. Po krótkim zbiegu dotarliśmy do punktu odżywczego przy Przełęczy pod Ostrą.

Byłam niesamowicie spragniona, mój flask był pusty, więc poprosiłam o napełnienie wodą z cytryną i wypiłam go całego od razu na punkcie. Ponownie napełniłam naczynie, tym razem zwykłą wodą i poleciałam dalej.

Na podejściu pod Ostrą spotkałam wielu turystów, praktycznie wszyscy życzyli mi powodzenia, a jeden starszy pan polecił mi pić dużo wody. Ja z chęcią piłabym dużo wody, ale musiałam jednocześnie ją oszczędzać, bo bałam się, że zaraz się skończy.

I tak biegłam sobie szczytami, wokół mnie było już niewielu biegaczy, więc nastąpił moment, kiedy trzeba było bardziej uważać na oznaczenia trasy, żeby się nie zgubić. Postanowiłam sobie, że będę biegła każdy możliwy do biegu odcinek, nawet jak mi się nie będzie już chciało (co się zdarzało oczywiście bardzo często, np. na wypłaszczeniach). Na szczęście od tego momentu było bardzo dużo zbiegów, ale mimo prób oszczędzania wody, na 12 km już nie miałam nawet połowy flaska. 

Przy przekraczaniu mikroskopijnego strumienia podjęłam decyzję, że nie mam innego wyjścia i muszę się ratować wodą z rzeczki. To był bardzo płytki strumień, ale woda wydawała się czysta, więc spróbowałam nalać cokolwiek. Nie było to super łatwe, ale dało się! Woda była tak niesamowicie przyjemna i zimna, byłam uratowana! Wypiłam ile mogłam przy tym strumieniu, nalałam ile się dało do flaska i pobiegłam dalej. 

Chociaż biegiem raczej tego nie można było nazwać, bo nastąpiło dwukilometrowe podejście pod Golców. Minęły już ponad 2 godziny biegu, ja byłam na ok. 15 kilometrze i próbowałam zgadywać, ile czasu może mi zająć pokonanie reszty trasy. Czy będzie po drodze jeszcze jakiś strumień? Czy wystarczy mi wody? Czy wystarczy mi sił? Żeby odwrócić myśli zajęłam się podziwianiem widoków, robieniem selfie i oglądaniem działek na sprzedaż. Btw. była tam całkiem fajna okolica do zamieszkania.

Po drodze wyprzedziły mnie 2 osoby z mojego dystansu (w tym samym czasie odbywały się jeszcze inne biegi, m.in. 50 i 38 km), miały zadziwiająco dużo sił i szybkie tempo jak na ten etap wyścigu, trochę im zazdrościłam, ale zajęłam się swoim biegiem. Byłam ciekawa jak mi idzie. Czy jestem gdzieś z przodu, czy jak zwykle ostatnio z tyłu? Jak tam sytuacja w mojej kategorii wiekowej? Nie spodziewałam się miejsca na podium, ale może jakieś 5 miejsce udałoby się trafić?

Wdrapałam się na Golców, ostatni tego dnia szczyt i zaczął się zbieg, właściwie można by go nazwać już zbiegiem do mety, ale miał ponad 6 kilometrów. Jakoś dawałam radę biec, mimo że było mi już źle, czułam się zmęczona, przegrzana i odwodniona. Ale było już tak niedaleko. 

Biegliśmy przez osiedle ładnych domków, potem dotarłam do wolontariuszki, która wskazała mi drogę dalej przez ulicę w dół, przez łąki i do lasu.

Po drodze złapałam gdzieś kolejny strumień, który znajdował się w takim jakby wąwozie w środku lasu, tam mogłam z ulgą uzupełnić zapasy. Napiłam się, nalałam wody prawie do pełna i chciałam iść dalej, ale nagle zorientowałam się, że nie wiem, gdzie mam iść. Byłam na brzegu strumienia, ale tasiemki widziałam tylko za sobą, przed sobą nie widziałam nic, żadnych znaków. Ale spokojnie, wdech, wydech, skoro widziałam taśmy, to gdzieś musi być dalej droga. Straciłam kilka minut w tym miejscu, parę razy pokrążyłam tam i z powrotem, ale w końcu udało mi się znaleźć trasę. Okazało się, że trzeba było przekroczyć strumień i przedrzeć się przez krzaki, a tam dalej była już oznaczona dróżka. 

Był już 18,5 km, miałam 2h i 50 min na zegarku. Doskwierał mi upał i już bardzo chciałam się znaleźć na mecie. Wiedziałam, że już naprawdę jest niedaleko, jakieś 3 i pół kilometra, głównie z górki albo po płaskim, wmawiałam sobie, że dam radę i że mam się nie zatrzymywać. I tak mimo wszystko musiałam pokonywać tę trasę marszobiegem, bo nie dawałam rady biec cały czas, ale wiedziałam też, że im krócej będę maszerować, tym szybciej dotrę do końca, będę mogła się położyć i wypić całą butelkę wody.

Dotarłam już właściwie do miasta, do Limanowej, gdzie była meta. Wolontariusze zatrzymali samochody na ruchliwej ulicy, żebym mogła przejść i przebiegłam do Parku Miejskiego, wzdłuż którego ciągnęła się ostatnia prosta, ostatni kilometr zawodów. Biegłam ile sił w nogach, przyspieszyłam już prawie do 5:00, byleby tylko jak najszybciej dotrzeć na metę i ona w końcu tam była!

Czas: 3:20:13, miejsce 45 na 100 osób open, 7 na 31 wśród kobiet i 2 w kategorii wiekowej na 6 startujących dziewczyn (o czym dowiedziałam się później, jak już wróciliśmy do Krakowa, więc nie odebrałam dyplomu i nie mam zdjęcia na podium :D). Jaka to była dla mnie ulga! Wyduldałam całą butelkę wody, przebrałam się w czyste ciuchy i poszliśmy z Erykiem na zasłużony obiad. 

Miła to była odmiana od wcześniejszych całodziennych biegów, tym razem nie zamykałam stawki, okazało się, że byłam w pierwszej połowie biegaczy. Nawet portal Rate My Trail uznał, że to mój najlepszy bieg trailowy w karierze i dostałam za niego ponad 500 punktów (zazwyczaj dostawałam tak 350-480).

Pozdrawiam!

sobota, 25 marca 2023

Relacja z 19.Krakowskiego Półmaratonu Marzanny

Mam tak duży sentyment do tego biegu, że co roku nie jestem w stanie odpuścić w nim udziału. Mój pierwszy start w zorganizowanym dużym biegu ulicznym był właśnie na Półmaratonie Marzanny w 2012 roku i od tamtej pory uczestniczyłam w nim w sumie 9 razy, a ten niedzielny był dziesiąty.

fot. Eryk

Nie wiedziałam na ile mnie stać i w jakiej jestem formie. Na treningach robiłam biegi tempowe i interwały po 5:00-5:10 min/km i przypuszczałam, że jestem w stanie tym tempem pobiec na pewno 30 minut, w porywach do godziny. Ale co dalej? Mam się porwać na hurra i potem zdychać, czy lepiej zacząć zachowawczo i potem ewentualnie przyspieszać?

fot. Krzysztof Porębski

Ja wiem, że ta druga opcja jest bezpieczniejsza, wygodniejsza i tak naprawdę wiele razy udawało mi w ten sposób wykręcać całkiem fajne wyniki bez umierania po drodze, ale tym razem coś mnie korciło, żeby spróbować pociągnąć mocniej od początku i zobaczyć co się wydarzy.

Zaznaczę, że zachowawcze tempo na półmaraton to byłoby u mnie 5:20-5:30, a szybko to dla mnie 4:50-5:00.

Start opóźnił się o 5 minut, co było dla mnie wybawieniem, bo o 10:50 jeszcze stałam w kolejce do toja. Ustawiłam się przed balonami na 1:49, co gwarantowało trochę więcej luzu, niż gdybym ustawiła się zaraz za nimi. I faktycznie biegło się w miarę luźno i komfortowo, czasem zdarzały się bardziej tłoczne odcinki, gdzie chcąc utrzymać swoje tempo trzeba było się przeciskać, ale ogólnie było bez tragedii. 

fot. Krzysztof Porębski

Starałam się biec na wyczucie, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby nie patrzeć co chwilę na zegarek. Chciałam mieć takie tempo, żeby czuć, że jestem w stanie nim biec najbliższą godzinę i to było ok. 4:55-5:05 min/km przez pierwsze kilometry. Około 4 km dobiegłam do pana, który słuchał muzyki na głośniku. Akurat leciało Imagine Dragons, co było miłe dla moich uszu, a pan miał dobre tempo, więc biegliśmy sobie razem przez kolejne 6 km. Jak się później okazało pan Krzysztof, rocznik 61, ukończył w tamtym roku Koronę Maratonów Polskich, biega od 10 lat i w tym czasie przebiegł 250 parkrunów. Ja nie mam aż takich wyczynów na swoim koncie, więc pochwaliłam się, że moja mama też zrobiła w tamtym roku Koronę Maratonów. Kazał oczywiście pozdrowić mamę i rozstaliśmy się koło wodopojów na 11 km, bo niestety nie byłam już w stanie utrzymać tego tempa.

Gorzej zaczęło się robić od 12 km, kiedy zaczęliśmy wbiegać pod Wawel i dalej Plantami w kierunku Barbakanu. Akurat przy Wawelu kibicowali moi rodzice z wujkiem, co trochę dodało mi otuchy, bo zawsze miło jest zobaczyć bliskie osoby na trasie, ale następne 2 km cały czas lekko pod górkę dały popalić. Wydaje mi się, że wielu osób w tamtym momencie dopadły kryzysy. U mnie tempo mocno spadło do ok. 5:25-5:35 min/km i już zaczęłam bardzo wątpić w siebie. To był moment, kiedy miałam ochotę przestać już biec, najchętniej zatrzymałabym się i usiadła na ławce. Zbliżał się 15 km, więc wyciągnęłam zaplanowany na tamten etap żel energetyczny i wsunęłam go z niesmakiem.

Obiegliśmy dookoła całe Planty i wróciliśmy pod Wawel, gdzie czekał na nas punkt odżywczy, a za nim znów moi rodzice. Na chwilę odzyskałam siły. Zostało 5,1 km do mety, a na zegarku miałam ok. 1:23, co oznaczało, że jeżeli chciałabym przebiec poniżej 1:50, to miałam niecałe 27 minut na pokonanie tych 5 km z hakiem, czyli wymagało to tempa szybszego niż 5:20 min/km.

fot. Mój Tata

Często w trakcie zawodów przytłaczają mnie myśli o tym ile jeszcze zostało, że jeszcze trzeba pokonać kilka podbiegów, że kilka kilometrów będzie pod wiatr. Musiałam się wprowadzić w swego rodzaju trans, odrzucić inne myśli i być po prostu tu i teraz. Dobiegłam na Błonia i zostało mi 13 minut na niecałe 2,5 km. Gdybym biegła po 5:00 to na spokojnie do zrobienia. Tylko, że 5:00 było już nieosiągalne (a przynajmniej tak mi się wydawało).

Dobiegłam do ostatniego punktu odświeżania i musiałam przejść na kilka sekund do marszu, ale wolontariuszka, która podała mi wodę krzyknęła “Katarzyna! Nie zatrzymuj się, biegnij!”. No nie mogłam nie posłuchać i spróbowałam biec dalej. Ulica Focha ciągnęła się w nieskończoność i dodatkowo było ciągle pod wiatr. Czekałam na zakręt na 3 Maja, bo wiedziałam, że wtedy ten wiatr będzie pomagał, a dodatkowo stamtąd było widać już metę 1,5km dalej. Przy znaku 20 km czekali rodzice. Moja mama jest mistrzynią dopingowania, więc zostałam podniesiona na duchu i ostatni kilometr zrobiłam już po 5:00, a ostatnie 300m po 4:20/km. 

Ostatnie metry biegłam jak w transie, z bólem całego ciała, palącymi płucami i suchością w ustach. 

fot. Mój Tata

fot. Mój Tata

Dobiegłam na metę w 1:51:01. Nie zdążyłam. Ale to mój najlepszy wynik w półmaratonie od 4 lat! Ostatnio szybciej pobiegłam w 2019 roku. A jakby porównać to do półmaratonu z października, to pobiegłam 25 minut szybciej, więc cieszę się, że w kilka miesięcy byłam w stanie wypracować taki progres.

I taki to był mój kolejny Półmaraton Marzanny. Oczywiście jak zdrowie pozwoli, to wracam za rok, tradycyjnie.

fot. Eryk

Pozdrawiam!

poniedziałek, 20 marca 2017

Z uśmiechem przez życie, czyli relacja z 14.Krakowskiego Półmaratonu Marzanny

Ponad dwa lata próbowałam zejść poniżej 1:50 w półmaratonie. Najpierw spróbowałam na Cracovia Półmaratonie Królewskim w październiku 2014 roku, nie wyszło, dobiegłam z czasem 1:55:03 zmęczona jak nigdy i musiałam tydzień jeszcze odchorować. Następnie przyszła Marzanna w marcu 2015. Czas 1:52:31, niby życiówka, ale jednak niedosyt pozostał. Tego samego roku w październiku pobiegłam Półmaraton Królewski, nie miałam wtedy żadnych założeń, ale wymęczyłam się okropnie i doczłapałam na metę w 2:02:13. Załamałam się. Nadszedł 2016, a z nim wielkie nadzieje. Zrezygnowałam z mojej tradycyjnej Marzanny i pobiegłam w Rzeszowie. Efekt? 1:52:19, druga połowa o wiele wolniej od pierwszej, bóle brzucha, kolka, męczarnie i tak dalej... Na chwilę odechciało mi się biegania. Więc może 2017 coś zmieni? Chciałam bardzo w to wierzyć. Ale w tym roku zabrakło dobrego przygotowania i pomyślałam, że może czas skończyć się oszukiwać. Więc powiedziałam sobie "Pierdzielę to, Marzannę w tym roku biegnę na luzie dla przyjemności".


W piątek wieczorem, kiedy zapytano mnie na jaki czas biegnę, nie umiałam odpowiedzieć, bo nie wiedziałam. "Czy ja dam radę w ogóle pobiec poniżej 2 godzin?" pomyślałam. "Noo, pewnie 1:56-1:57, coś takiego"-odpowiedziałam, bo nie chciałam wyjść na słabeusza. Cały tydzień odpoczywałam, odpuściłam kilka wykładów, ostatni trening miałam w czwartek wieczorem, a potem 2 dni wolnego. Chciałam sobie wystartować na "świeżych" nogach i dać odpocząć stawom kolanowym. Codziennie też ćwiczyłam stabilizację kolan, żeby mieć pewność, że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby mnie nie bolały.

Obudziłam się w niedzielę rano i zastało mnie piękne słońce. W gratisie był też wiatr o prędkości milion m/s. Tuż przed startem powiedziałam do Eryka "Jak dobrze, że dzisiaj nie biegnę na życiówkę, bo nie dałabym rady z tym wiatrem". Wzięłam udział we wspólnej rozgrzewce, ściągnęłam dresiory, wzięłam ostatni łyk izo i byłam gotowa. Ustawiłam się tuż przed balonami na 1:59, chciałam biec przed nimi, ewentualnie trochę szybciej, jakieś 5:30min/km, bo wiatr był naprawdę przerażający. W głowie podzieliłam sobie bieg na 4x5km i końcóweczkę 1,1km. Tak było mi łatwiej "zaliczać" kolejne etapy, a nie odliczać ile jeszcze zostało. Zawsze odliczałam kilometry do końca, liczyłam z jaką prędkością muszę biec i to mnie niszczyło psychicznie. Teraz chciałam to sobie ułożyć inaczej.

Z trasy (którą znam już na pamięć) wynikało, że pierwsze 10 km będzie z wiatrem, kolejne 11 pod wiatr. Pierwszą piątkę biegłam sobie luźno ok.5:17-5:20min/km. Już zdążyłam się rozgrzać, było fajnie, ciepło, dmuchało w plecy, więc nogi same się poruszały. Na 5 kilometrze, czyli na pierwszej macie pomiarowej uświadomiłam sobie, że nie przypięłam chipa pomiarowego. "No to ekstra, brawo Kasiu...". Przyzwyczaiłam się już, że często chipy są w numerach startowych i po prostu zapomniałam..."No ale okej, po prostu nie będzie mnie na liście wyników i nie dostanę esemeska". Na 6 km zjadłam pół żelu, kolejne pół na 7,5 km. Zaczęłam powoli przyspieszać, bo miałam siły, "A co się będę hamować, jak mogę to biegnę, w drugą stronę będę umierać, to przynajmniej teraz ten czas nadrobię". Tempo wzrosło do ok 5:08min/km, po 8km, przy Moście Grunwaldzkim minęłam kibicującego mi braciszka Mateusza. Wciąż było z wiatrem więc korzystałam z tego przywileju. Chciałam tak dobiec do Kładki Bernatka, gdzie był mój drugi punkt kontrolny, czyli 10km. Ale jak zawróciliśmy i zaczęliśmy biec pod wiatr, okazało się, że dalej mam siłę i mogę biec tym samym tempem. Szczerze się zdziwiłam, bo myślałam, że będę miała wrażenie biegu w miejscu.

Dobiegłam do Wawelu, tam znów stał Mateusz, co mnie bardzo podniosło na duchu i zaczęłam wbiegać do Rynku ulicą Grodzką. Tam miałam kolejnego kochanego kibica. Był 13 km, a ja wciąż miałam siły, nie chciało mi się wymiotować i nic nie bolało, było to aż dziwne, bo wcześniej mi się to nie zdarzyło. Kiedy dobiegliśmy z powrotem do Wawelu i minęliśmy 15 km, dostałam przypływu adrenaliny, bo uświadomiłam sobie, że właśnie prawdopodobnie biegnę po nową życiówkę. Nie mogłam zmarnować takiej okazji. Wzięłam kolejną porcję żelu, wypiłam pół łyka wody i pognałam dalej.

Był już 16km, a ja wciąż czułam się dobrze, wyprzedzałam kolejne osoby, na zegarku miałam 5:04min/km i zaczęłam walkę z czasem. Na 18 kilometrze zostało mi 16 minut do 1:50. "A co, jeśli nie zdążę? Muszę zdążyć!". Wbiegliśmy na Salwator, potem na Błonia. Ostatnie 3 kilometry przebiegłam ze średnią 4:55min/km, w tym jeden z rozwiązaną sznurówką. Wpadłam na metę i zatrzymałam zegarek: 1:49:24. Aż mi łzy napłynęły do oczu ze szczęścia i nie mogłam uwierzyć jak to się stało. 2 lata walki, a jak w końcu dałam sobie z tym spokój, to się udało :).

Morał? Nie stresować się, nie przejmować, a wtedy wszystko wyjdzie :)

Pozdrawiam!