Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 maja 2024

20. Krakowski Półmaraton Marzanny - relacja

Ach ten Półmaraton Marzanny… Od niego wszystko się zaczęło i od niego zawsze się zaczyna. Chociaż wcześniej tego roku startowałam już w 4 biegach (3 razy w GPK i raz w Biegu Kobiet), to i tak wiosenny półmaraton to dla mnie rozpoczęcie sezonu startowego na dobre.

Przygotowywałam się do niego od początku stycznia, przeżyłam równe 12 tygodni z planem treningowym od Grega z Garmina. Drugiego stycznia gdy wybierałam ten plan, chciałam żeby w końcu coś ruszyło, chciałam postawić sobie cel, który będzie dla mnie ekscytujący, ale jednocześnie możliwy do zrealizowania, tak żebym nie poddała się, gdy poczuję, że coś nie idzie po mojej myśli. W sumie to był książkowy przykład wyznaczenia celu metodą SMART. Zaznaczyłam, że chcę aby plan przygotowywał mnie na wynik 1:44, co oznaczało tempo 4:56 min//km przez 21 km.

To był mój plan A - półmaraton w 1:44-1:45. Planem B było złamać 1:50, bo przez dwa poprzednie lata mi się to nie udawało, więc chociaż to byłoby super zrobić. Planu C nie było.

W sobotę dzień wcześniej wybraliśmy pakiet, żeby przed samym startem nie stresować się kolejkami w biurze zawodów i przy okazji spotkaliśmy wesołą rodzinkę Małgi i Michała. Okazało się, że Michał będzie pierwsze 10 km biegł po 5:00 min/km, a ja miałam podobny pomysł, więc mogliśmy zacząć wspólnie.

Byłam podekscytowana tym startem. Wiedziałam, że trenowałam uczciwie i sumiennie i właściwie byłam pewna, że to się uda. Mimo że na treningach tempo 5:00 min/km było dla mnie ciężkie do utrzymania nawet przez pół godziny, to czułam podskórnie, że na dzień startu trafi się ten “dzień konia”, w pozytywnym znaczeniu tego wyrażenia.

Przyjechaliśmy na Cichy Kącik prawie godzinę wcześniej, co rzadko mi się zdarza, bo zazwyczaj jesteśmy tak “na styk”. I ten wczesny przyjazd to chyba był błąd, bo było strasznie zimno, padał deszcz, niekiedy nawet śnieg, a do tego wiał dość mocny wiatr. Dla mnie to są wręcz idealne warunki do biegania, więc tego się nie bałam, ale czekanie było dość nieprzyjemne. Chciałam skorzystać z tojków i zacząć się rozgrzewać. Pierwszy raz zrobiłam też jedną rzecz, której jeszcze nie próbowałam, a mianowicie 20 min przed startem zjadłam żel energetyczny. Zazwyczaj jem je już w trakcie biegu, ale widziałam to u niektórych pro biegaczy, więc też postanowiłam spróbować.

10 minut do startu z niechęcią ściągnęłam ciepłe ciuchy i weszłam do strefy. Ustawiłam się mniej więcej w połowie odległości między balonami na 1:39 a tymi na 1:49. Zaraz koło mnie pojawił się też Michał. Pożegnałam się z moimi kibicami: Erykiem, Tatą i Davem, i punkt 11:00 ruszyliśmy.

Byłam szczęśliwa i zmarznięta, ledwo mogłam ruszać palcami u rąk, ale to było w porządku, bo ja nie lubię się zbytnio przegrzewać w trakcie biegu i lepsze dla mojej szybkości jest, aby było mi zimniej niż cieplej.

Pierwszy kilometr był z wiatrem wzdłuż Alei 3 Maja na błoniach, działała jeszcze adrenalina, a ja zaczynałam się już rozluźniać i wprowadzać w biegowy trans. Na tarczy zegarka miałam ustawione tylko kilometry, które zostały do końca, więc startowałam od 21,1km i odliczało się w dół. Co kilometr zegarek podawał mi czas ostatniego kilometra, więc tak naprawdę nie kontrolowałam na bieżąco tempa, z którym biegłam, patrzyłam tylko na Michała, sprawdzając czy jest gdzieś w pobliżu, ale głównie biegłam na samopoczucie. 

I to było dla mnie super dziwne, gdy pierwsze kilometry mijały po ok. 4:56-4:58 min/km, a ja odczuwałam je jakby to był zwykły trucht. To był dla mnie dobry znak, bo wiedziałam, że im dłużej będę biegła w komforcie, tym mniej będę cierpieć i walczyć, a byłam świadoma, że ta walka prędzej czy później się zacznie, bo ona zawsze jest. Tylko czasem się zaczyna na 18, a czasem już na 10 kilometrze.

Ze względu na remonty w Krakowie, trasa była trochę inna niż zwykle, m.in nie biegliśmy przez Most Zwierzyniecki, za to pobiegliśmy pod mostem Kotlarskim i dalej po bulwarze Kurlandzkim prawie pod most Ofiar Dąbia. Tam była zawrotka i mogliśmy oglądać biegaczy z naprzeciwka. Ja to uwielbiam, bo po pierwsze, widzę ilu facetów wyprzedziłam (:D), a po drugie, mogę czymś zająć myśli i na przykład wyglądać, czy gdzieś tam nie widzę mojej mamy. Ale mimo tylu nawrotek i mijanek z innymi biegaczami, przez całą trasę nie udało mi się jej spotkać.

Na 7 kilometrze zjadłam żel, drugi przewidziałam na 14 kilometr. Nie chciało mi się też za bardzo pić, ale z rozsądku brałam kubeczek na każdym punkcie z wodą, bo lepiej dmuchać na zimne. Uwielbiam wolontariuszy w Krakowie, naprawdę to z jakim entuzjazmem potrafią podawać kubki z wodą i banany jest wspaniałe.

Chciałam się też pochwalić refleksem, bo jak był ok. 9-10 km, to jednemu panu przede mną wypadł mały bidon z pasa gdy próbował się posilić i udało mi się go złapać i podnieść w biegu i mu oddać. 

Pierwsza połowa trasy była z wiatrem, wtedy wiadomo, biegnie się super wygodnie, nie trzeba się męczyć i jest miło. Trochę się bałam, że jak zawrócimy i zaczniemy biec pod wiatr, to moja dobra passa się skończy, ale o dziwo tak się nie stało. Dalej miałam siłę i wcale nie zwolniłam. Michał znikł mi z pola widzenia na jakieś 2 km, bo pognał do przodu, ale gdy przebiegliśmy Mostem Kotlarskim na drugą stronę Wisły i biegliśmy nowym świeżo wyasfaltowanym bulwarem, to zaczęłam go doganiać. Widziałam, że walczy z tym wiatrem, tak jak i inni biegacze wokół. Ja miałam w sobie dużo siły i chciałam przyspieszyć, ale rozsądek podpowiadał mi, że jeszcze nie czas na to. Dopiero przecież był 13 km. Ale na moim zegarku pokazywało, że jeszcze tylko 8 do końca, więc przebierałam nóżkami z nadzieją, że takie samopoczucie zostanie jak najdłużej. Jeśli czuję się dobrze na 10 kilometrze to dobry znak. Jeśli czuję, że chcę przyspieszać na 12-13 km, to bardzo dobry znak. W przeszłości zwykle to był moment, gdy zaczynał się mój kryzys, a teraz o żadnym kryzysie nawet nie myślałam. Biegło mi się naprawdę przyjemnie, chciałam, żeby ten bieg trwał i trwał. Świeciło słońce, był lekki wiatr, gdzieniegdzie stali kibice, było ciepło.

Dopiero jak zaczęliśmy wbiegać pod Wawel czyli ok. 15 km, to poczułam lekkie zmęczenie, ale nie było ono aż tak przytłaczające, żebym musiała zwalniać. Pomyślałam wtedy, że teraz właśnie zaczyna się mój bieg, od teraz będę musiała troszkę powalczyć. Obieglismy Wawel dookoła i tam był kolejny punkt z wodą. 

Kilometr wcześniej zjadłam żel i miałam nadzieję, że energia z niego zdąży do mnie dotrzeć na ostatnie minuty biegu. Zbiegliśmy na bulwary i zostało ostatnie 5 km. To tylko 5 km, co to jest! To tylko jeden Parkrun! No tylko że ja miałam już ponad trzy takie Parkruny w nogach i chciałam te ostatnie kilometry polecieć tym samym lub szybszym tempem. 

Wiatr wiał w twarz, zaraz mieliśmy dobiec na Salwator, więc zaczęła się droga pod górkę, a potem przez remontowaną ulicę i miejscami po kamieniach. Moje tempo nieznacznie spadło, ale zaraz potem na ulicy Kasztelańskiej, która prowadziła nas na Błonia, byłam w stanie powrócić do ok. 5:00 min/km. 

Wybiegliśmy na ul. Focha przy błoniach. Uwielbiam to, że stamtąd już było widać metę hen hen daleko, co z jednej strony było demotywujące, bo widać JAK TO JEST DALEKO, ale ja wtedy o tym nie myślałam. Zaczęłam stawiać przed sobą małe zadania. Dobiec do nawrotki, bo tam przestanie wiać wiatr i zacznie grać na moją korzyść. Potem odpocząć na długiej prostej z wiatrem. Potem rura do mety na ostatnim odcinku na 3 Maja. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy z pogodą, bo gdy wcześniej świeciło słońce, to w dosłownie 10 minut nadciągnęły ciemne chmury i wyglądało jakby miał nastąpić jakiś armagedon. Wiatr szalał naprawdę potężnie, zaczęło kropić deszczem, a potem śniego-gradem.

Na 20 km przy zakręcie był ostatni punkt odżywczy i wolontariuszki zagrzewały nas do walki. Było im zimno i targało je porywami wiatru, ale nie poddawały się i dzielnie trzymały kubki z wodą.

Wzięłam jeden kubek, podziękowałam i zawróciłam na zakręcie w stronę mety. I w tamtym momencie potężny podmuch wiatru prawie zatrzymał mnie w miejscu, taka to była siła. Został ostatni kilometr. Metę było widać na końcu tej strasznie długiej prostej, ale nie dało się patrzeć przed siebie.

jestem na zdjęciu tam z tyłu! fot. Krzysztof Porębski

Musiałam biec z głową w dół, bo jak tylko uniosłam twarz, to od razu dostawałam w oczy śniego-gradem. Siłą rzeczy musiałam zwolnić, mimo że przebierałam nogami z całych sił. Jakieś 100m przed metą stał mój tata i zrobił mi zdjęcia, zaraz potem był Eryk z Davem, a mi udało się trochę przyspieszyć i w końcu wpaść na metę. 21 kilometr był najwolniejszy ze wszystkich, 5:05 min/km, przez to ostateczny wynik to 1:45:07. Z jednej strony jestem super zadowolona, bo wszystko poszło tak jak miało pójść, bez wielkiego cierpienia, a właściwie z uśmiechem na twarzy przez prawie cały dystans, ale z drugiej moje biegowe serce żałuje tych 8 sekund, które dałyby wynik 1:44.

Mimo wszystko bardzo się cieszę, że powoli wracam do mojej życiowej formy, bo jest to mój drugi najlepszy półmaraton w życiu i najlepszy wynik od 6 lat. I znowu to powiem, bo zawsze mnie to dziwi w moim przypadku - systematyczny trening NAPRAWDĘ daje rezultaty. Tylko trzeba czasu i trzeba nie odpuszczać. I przeczekać te najgorsze momenty i wierzyć, że się uda. 

Pozdrawiam!


piątek, 15 marca 2024

Krakowski Bieg Kobiet - relacja

Są takie biegi, które niby są mało ważne w naszej biegowej “karierze”, ale jednak mają inne znaczenie. Bo pozwalają przełamać jakieś przekonania, pozytywnie zaskakują albo ich organizacja ma jakiś konkretny cel, jest dla kogoś. Krakowski Bieg Kobiet spełnił wszystkie te kryteria i dzisiaj trochę o nim opowiem.

Pewnego lutowego dnia zobaczyłam na facebooku ogłoszenie, że w niedzielę 10 marca odbędzie się bieg dla kobiet. Udział będzie darmowy, a dwukilometrowa trasa zakręci wokół Tauron Areny i w Parku Lotników Polskich. No aż żal nie skorzystać. 

Wbrew pozorom dwa kilometry wcale nie są jakimś super prostym dystansem, bo przecież im krótsza trasa, tym TRZEBA (:D) biec szybciej. Przed startem zastanawiałam się, na jaki czas mogę liczyć w tym biegu i na podstawie moich ostatnich treningów stwierdziłam, że spróbuję pobiec na złamanie 9 minut. Czyli tempo 4:29 min/km. 

Dla mnie to jest szybkie i mało komfortowe tempo (na razie!), takie robię na bardzo krótkich interwałach, ale pomyślałam, że jednorazowo może uda mi się spiąć na całe dwa kilometry.

W dniu startu pojechaliśmy z Erykiem pod Tauron Arenę, żeby odebrać pakiet i mimo dużej ilości osób w biurze zawodów, wszystko poszło w miarę szybko i sprawnie. Była wesoła atmosfera, a wszędzie wokół przewijały się jaskrawe różowe koszulki uczestniczek. Ja też postanowiłam pobiec w tej koszulce, nałożyłam ją na swoją techniczną bluzkę z długim rękawem, bo ta pakietowa była bawełniana.

Zrobiłam samodzielną rozgrzewkę po parku, a potem dołączyłam na kilka ćwiczeń do wspólnej rozgrzewki tuż przed startem. Stwierdziłam też, że nie będę się przejmować i stanę z przodu stawki (czego nigdy nie robię), bo spodziewałam się, że większość osób będzie biegła rekreacyjnie, a ja chciałam trochę przycisnąć. Stanęłam w 4-5 rzędzie, ale tak naprawdę mogłam ustawić się jeszcze bliżej, bo na dystansie wyprzedziłam ok. 10 osób. A wiadomo, że wygodniej się biegnie, jak nie trzeba robić slalomu między ludźmi. Choć z drugiej strony wyprzedzanie potrafi dodać trochę takiej psychologicznej siły. 

Lubię w krakowskich biegach to, że często odliczanie do startu robione jest do uderzeń bicia serca, przez co dodatkowo rośnie adrenalina i jest to wszystko bardziej przejmujące.

Wystartowaliśmy. Nie kalkulowałam i pobiegłam jak najszybciej przed siebie za tłumem, co potem okazało się tempem poniżej 4:00 min/km przez pierwsze 150 m. Ale potem się uspokoiłam, nastąpił podbieg prowadzący w głąb parku Lotników i zaczęła się zabawa. Co jakiś czas “połykałam” kolejną dziewczynę, ale zdarzało się też, że niektóre wyprzedzały mnie. 

fot. Wiktoria Kamińska

Cieszyłam się tym biegiem i uśmiechałam się do kibiców, fotografów i ludzi wokół. Pierwszy kilometr zapikał na zegarku w 4:21, co mnie ucieszyło, bo oznaczało, że jeśli wytrzymam tak też drugi, to na spokojnie złamię 9 minut. Ale w tamtym momencie o tym nie myślałam, wtedy chciałam po prostu biec swoje i przy okazji wyprzedzić jak najwięcej dziewczyn, tak dla własnej satysfakcji.

Na profilu fotografki Wiktorii Kamińskiej, która była na biegu, ukazały się oprócz zdjęć też takie dwa filmy, na pierwszym pokazuję się w 24s (policzyłam, że byłam wtedy na 26 miejscu), a na drugim jestem na samym początku, w pierwszych 2 s.

filmik 1

filmik 2

wycięłam kadr z filmu :D (z profilu facebookowego Wiktorii Kamińskiej)

Po okrążeniu w parku nastąpił zbieg i zaczęłyśmy okrążać Tauron Arenę. Zostało 500m, zaczęłam nawet trochę przyspieszać. Zaczęłam ścigać się z jedną dziewczyną i przez ostatnie 300 m biegłyśmy prawie ramię w ramię, raz ja z przodu, raz ona, ale ostatecznie na 50 m do mety zrobiła sprint i wyprzedziła mnie o 2 sekundy. I nie tylko ona, bo dosłownie 10m przed metą wyprzedziły mnie jeszcze 2 dziewczyny, więc ostatecznie przybiegłam na 20 miejscu na 495 startujących. 

fot. Karol Olszański Fear the Return

Czas 8:28, zdecydowanie lepiej niż się spodziewałam na początku, średnie tempo wyszło 4:14 min/km, bo drugi kilometr zrobiłam w 4:09. A na mecie dostałyśmy kwiaty zamiast medali. 

Bardzo się cieszę i jednocześnie jestem zaskoczona. Powoli udaje mi się realizować mój plan.

Pozdrawiam!

środa, 6 grudnia 2023

9. Cracovia Półmaraton Królewski - relacja z biegu

To było dla mnie naprawdę niespodziewane. Stając na starcie kompletnie nie wiedziałam, jaki wynik będzie na mecie ani jak to się wszystko potoczy, czy będę w stanie bez problemów przebiec cały dystans, czy raczej padnę jak zwykle na 13 kilometrze i będę walczyć o życie… Ale od początku!

fot. Eryk

Zapisując się na bieg w czerwcu miałam ambitne plany, że przygotuję się na tempo 5:00 min/km, czyli wynik ok. 1h45min. Ale życie zweryfikowało ten plan, bo po drodze wystartowałam w górskim ultra, potrzebowałam więcej odpoczynku i zdarzało mi się odpuszczać treningi. W rezultacie nie biegałam tyle, żeby móc uwierzyć w taki wynik, ale trenowałam w miarę możliwości: wykonałam jakieś  50-60% planu treningowego, kilka razy byłam na górskich wycieczkach, co razem wzięte pozwoliło mi jako-tako trzymać stałą formę. 

Wstałam rano po całkowicie przespanej nocy, zjadłam lekkie śniadanie (płatki kukurydziane z mlekiem i bananem - najprostsze jakie się da), założyłam przygotowane wcześniej ubrania i byłam gotowa do wyjścia. Lubię startować w Krakowie, bo nie muszę nigdzie jechać samochodem, martwić się szukaniem parkingu itd., tylko po prostu wsiadamy w tramwaj i jedziemy. Oszczędzę wam opisów tego jak się czułam, gdy cały 30-minutowy przejazd w tramwaju myślałam o tym, że po wyjściu muszę szybko szukać tojtoja.

Na szczęście tojtojów było dużo, gdyż organizatorzy musieli się przygotować na najazd ok. 8000 biegaczy (to chyba krakowski rekord!), więc szybko załatwiłam sprawy, poczułam się o niebo lepiej i już bezstresowo mogłam czekać na start. Krótka rozgrzewka, strzelenie foteczki, ściągnięcie wierzchniej odzieży i byłam ready.

fot. Eryk

Ustawiłam się na końcu różowej strefy startowej, czyli na 1:40-1:49, bo tak miałam napisane na numerze, ale widziałam też obok siebie osoby z tej dalszej strefy, na 1:50-1:59, więc stwierdziłam, że chyba jest ok.

mapa ze strony cracoviapolmaraton.pl

Zaczęłam naprawdę spokojnie, dużo osób mnie wyprzedzało, ale droga była szeroka, więc nie przejmowałam się, że ktoś może nie mieć miejsca. Dla mnie to jest komfort dla głowy, gdy wiem, że “nikomu nie przeszkadzam” biegnąc zbyt wolno, ale walczę z tymi przekonaniami, bo przecież ja też mam prawo sobie biec. Pierwszy kilometr poleciał w ok. 5:30 min/km, wiedziałam że takim tempem na spokojnie zrobię czas poniżej 2h i prawdopodobnie nie grożą mi większe kryzysy (choć kto wie, bo w tamtym roku nawet takie tempo było dla mnie za szybkie i zmiotło mnie po 7 kilometrze), czułam się dobrze. 

Ok. 2-3 kilometra poczułam, że ktoś mnie zaczepia i się do mnie przytula i zobaczyłam, że to Robert z Wojtkiem z Zabieganych, co mnie mega ucieszyło, bo dawno się nie widzieliśmy. Z Robertem zawsze się ścigaliśmy na biegach, bo byliśmy na podobnym poziomie, potem ja straciłam formę, a Robert się wciąż poprawiał, więc wygrywał ze mną wszystkie zawody. 

fotografia od Roberta :)

Ogólnie myślałam, że chłopaki szybko mnie zostawią, bo widać było, że mają siłę na szybsze bieganie, ale tak dobrze nam się gadało i miło biegło, że stwierdziłam, że spróbuję dotrzymać im kroku jak najdłużej, a najwyżej odpuszczę za parę kilometrów.

Gdy wbiegliśmy na Planty, a później po przebiegnięciu Bramy Floriańskiej podążaliśmy w kierunku Rynku i zobaczyliśmy tych wszystkich ludzi bijących brawo, a nie tylko czekających na przejście przez ulicę, to pochłonęła nas atmosfera i dostaliśmy przypływ niesamowitej energii.

fot. fotomaraton.pl 
fotki z tej strony zakupiłam w pakiecie, polecam szukać za pomocą swojego selfie, AI znajduje wszystkie zdjęcia na których jesteśmy, nawet jak nie widać numeru startowego.

Kilometry zaczęły mijać bardzo szybko, po ok. 5:15-5:18, tak szybko, że zaczęłam się bać, że mogę nie wytrzymać. Ale póki co wszystko było dobrze.

Na 7 km zjadłam żel, wiatr nad Wisłą wiał w plecy, kibice wciąż kibicowali, my radośnie skakaliśmy przez kałuże, a słońce świeciło i tak nam mijał czas. Naprawdę dziwiłam się, że czułam się tak dobrze.

może nie widać, ale czułam się ok :D fot. fotomaraton.pl

Przy punktach odżywczych chłopaki na mnie czekali, Robert powiedział, żebym nawet nie próbowała zwalniać, bo oni mnie nie zostawią. Więc postanowiłam, że spróbuję powalczyć jak najdłużej. 

fot. od Roberta

fot. fotomarton.pl

fot. fotomaraton.pl

Trasa nie była płaska, ale takie już są biegi w Krakowie. Tutaj nawet na najbardziej płaskiej powierzchni, czyli na Błoniach, nie jest płasko (ale przez Błonia nie biegliśmy). Nad Wisłą jest całkiem płasko, ale nie do końca, bo tam też czekały na nas podbiegi i zbiegi. Minęła połowa trasy, czyli ta łatwiejsza połowa, bo druga część biegła do Tauron Areny, później w kierunku Nowej Huty, a zawrotka była dopiero przed Placem Centralnym. 

fot. od Roberta

Na 12 km przy długiej prostej przy Tauronie było mnóstwo kibiców, wiele osób trzymało transparenty z motywacyjnymi hasłami, ale byli też moi kibice, czyli Eryk i mama z tatą. Widok bliskich osób zawsze podnosi na duchu i przy okazji dodaje +10 do tempa.

Trasa była tak poprowadzona, że właśnie w tym momencie zaczęliśmy widzieć przybiegających z naprzeciwka szybszych zawodników. Ja biegłam trochę zbyt wolno, żeby zdążyć zobaczyć czołówkę, ale mogłam przypatrzyć się pojedynczym zawodnikom.

fot. fotomaraton.pl

Dla mnie zawsze to jest ciekawy i motywujący moment. Część osób nie lubi, gdy na trasie są zawrotki, gdy biegnie się tam i z powrotem po tej samej drodze, ale dla mnie to jest fajna możliwość podglądania nie tylko tych osób, co biegną koło mnie, ale zwłaszcza tych szybszych. Widzę, że oni też się męczą (czasem nawet bardziej), też cierpią i walczą. Mogę na chwilę uciec myślami od mojego zmęczenia i zająć głowę czymś innym. 

Ustaliliśmy z chłopakami, że na 14 kilometrze jemy żele, więc tak też zrobiliśmy i akurat zaraz mogliśmy je popić, bo pojawił się punkt odżywczy z wodą. Wolontariusze w Krakowie zawsze mnie zaskakują, nieważne ile razy tu biegam, nieprzerwanie jestem pod wrażeniem tego entuzjazmu, z jakim dostaję kubek z wodą. Młodzież krzyczy “powodzenia, dacie radę , biegnijcie, już niedaleko” i nieważne, że tak naprawdę wcale nie jest niedaleko, to i tak ich radość i energia się udziela.

Biegliśmy wciąż razem z Robertem i Wojtkiem, zaczęło się robić gęsto i koło 17-18 kilometra dogoniły nas balony na 1:50 (czyli pacemakerzy prowadzący grupę). Ja zostałam pochłonięta przez tłum i mimo że nie zwolniłam jakoś bardzo, właściwie w ogóle nie zwolniłam, to chłopaki mieli moc i przyspieszyli do ok. 5:00 min/km, co pozwoliło im utrzymać się w dalszym ciągu przed balonami. Ja pozostałam przy tempie ok. 5:15-5:20 min/km i dalej walczyłam już sama. Do mety zostało jakieś 3 km. To relatywnie niewiele patrząc na cały dystans, ok. 15 minut i koniec. I tak już w tamtym momencie byłam bardzo zadowolona.

fot. fotomaraton.pl

Ostatni odcinek biegłam z uśmiechem na ustach, pozwoliłam, żeby porwała mnie atmosfera, zaczęłam przyspieszać, żeby jeszcze więcej endorfin do mnie dotarło. Biegacze wokół mnie też zaczęli przyspieszać, bo wszyscy już czuli, że zaraz będzie meta i można sobie pozwolić na trochę szaleństwa. 

fot. moi rodzice

fot. fotomaraton.pl

Zrobiło się gęsto od kibiców, pobiegliśmy z powrotem pod Tauron Arenę, jeszcze raz spotkałam moich rodziców, grała muzyka, było naprawdę super. Ostatni kilometr poleciałam w 5:05, byłam szczęśliwa, zadowolona, usatysfakcjonowana i nawet nie tak bardzo zmęczona. Zbiegliśmy w ciemność i ogarnęły nas kolorowe światła, głos spikera, muzyka i kibice.

fot. fotomaraton.pl

fot. fotomaraton.pl

fot. fotomaraton.pl

Ta meta w Tauron Arenie zupełnie inaczej smakuje, gdy się biegnie z radością i z dobrym jak na siebie wynikiem, niż gdy wbiega się tam z rezygnacją, po przykrej walce z samą sobą i swoim prawie najgorszym rezultatem w połówce (gdzie gorszy był tylko debiut). Tym razem na szczęście czułam to pierwsze. 

nie mogę ze swojej miny xd
fot. fotomaraton.pl

Czas na mecie: 1:52:54, miejsce 378/1905 wśród kobiet i 99/467 w kategorii K18. Byłam na mecie o 23 minuty szybciej niż w tamtym roku! No i cały bieg właściwie był negative splitem, czyli każda kolejna piątka była szybsza niż poprzednia.

fot. fotomaraton.pl

Po raz kolejny potwierdziła się teoria, że lepiej jest wolniej zacząć i przyspieszać kiedy się ma siłę, niż zacząć za szybko i później umierać i pogrążyć się w kryzysie.

Dziękuję Robertowi i Wojtkowi za motywację i towarzystwo, bez Was na pewno by się nie udało!

fot. Eryk

Pozdrawiam!

wtorek, 28 listopada 2023

Czy znowu będzie piekło? Relacja z Runmageddonu Rekrut Kraków-Dobczyce

Minęło ponad 5 lat od mojego poprzedniego Runmageddonu. Tak, ostatni raz biegłam w Myślenicach w maju 2018 roku. Pojechałyśmy tam razem z Zabieganymi dziewczynami i to był jeden z moich najlepszych Runmageddonów, zrobiłam sama prawie wszystkie przeszkody, biegłam jak szalona, miałam jakiś super mega czas i wspominam to bardzo miło. 

Odkąd wystartowałam pierwszy raz w 2015, to przynajmniej 2 razy w roku brałam udział w jakimś Runmageddonie i jeśli chodzi o biegi z przeszkodami, to zawsze byłam wierna temu jednemu brandowi, nigdy nie brałam udziału ani w żadnych Spartanach, ani Survival Race’ach, ani innych OCRach. W 2017 zrobiliśmy z moim bratem Weterana Runmageddonu, czyli wystartowaliśmy we wszystkich wymaganych do tego tytułu formułach: Rekrucie (6km i 30+ przeszkód), Classicu (12km i 50 + przeszkód), a całą przygodę zakończyliśmy udziałem w Hardkorze, czyli 21km i 70+ przeszkód i to był mój najdłuższy na tamten czas bieg w życiu biorąc pod uwagę czas jego trwania, czyli 5 i pół godziny. W 2018 pobiegłam w Classicu we Wrocławiu, a potem we wcześniej wspomnianym Rekrucie w maju i serio miałam chęć startować dalej. 

Ja uwielbiałam Runmageddony. To była dla mnie świetna zabawa, oderwanie od rzeczywistości, czas bez telefonu, spędzony na łonie natury z fajnymi osobami, w luźnej atmosferze wzajemnej pomocy i wsparcia. 

Myślałam, że w 2019 na pewno wystartuję, ale jakoś tak się złożyło, że nie zapisałam się na żaden. Potem przyszedł słynny rok 2020 i na pewien czas zapomniałam o Runmageddonie.

Kilka lat później, pod koniec 2022 roku pomyślałam, że mi tego brakuje i chciałabym jeszcze raz powrócić do tych chwil, zobaczyć jak to teraz wygląda. Zauważył to mój kochany mąż i podarował mi pod choinkę voucher na udział w dowolnym Runmageddonie w 2023 roku z komentarzem, że on też mógłby ze mną wystartować.

W styczniu zaczęłam chodzić na siłownię, żeby trochę wzmocnić moje wątłe rączki. Pierwsze treningi okazały się trudne, bo wyszło, że jednak nie jestem taka sprawna jak myślałam, ale dzięki Gabie, z którą chodziłam na zajęcia, miałam motywację, żeby stawiać się na tych treningach.

W marcu Gaba i jej mąż Karol mieli 30 urodziny i razem z Erykiem stwierdziliśmy, że to jest wspaniały pomysł, żeby oni z nami pojechali na Runmageddon, więc dostali w prezencie voucher na start.

Długo się zastanawialiśmy nad terminem. Mieliśmy do ogarnięcia dużo zmiennych, m.in. żeby każdemu odpowiadała data, bo np. ja miałam już zaplanowane starty w ultramaratonach w maju i sierpniu, a wiedziałam, że ani przed, ani zaraz po ultra nie ma szans na startowanie w biegu z przeszkodami. 

W takim wypadku majowy krakowski termin odpadł, ale jakiś czas później, w okolicach lata ogłoszono kolejny Runmageddon w okolicach Krakowa, a dokładniej w Dobczycach. 

16 września, Runmageddon Rekrut, seria o 9:30, jedziemy!

Jak mi poszło? Chyba ok, ale już nie mam takiej formy jak kiedyś i przeszkody są według mnie trudniejsze. Wiele z nich musiałam odpuścić (robiłam karne burpeesy), przez ściany przerzucał mnie Eryk, miałam trudności z wieloma rzeczami, które kiedyś robiłam całkiem sprawnie lub z mniejszymi problemami. Ale mimo wszystko i tak bawiłam się super. 

Jak zwykle zaczęliśmy od przeszkody z obciążeniem, tym razem był to bieg z workiem pełnym piasku, potem były przeszkody z drążkami, rzeka, chwiejne drabinki, wysokie lub pochyłe ścianki, czołganie się w bajorze pod zasiekami, głębokie doły, z których nie dało się wyjść bez pomocnej dłoni i tak dalej. Zabawa przednia. 


Dla mnie najcięższą przeszkodą był spacer z ciężkim łańcuchem (nie wiem ile on ważył, z 20 kilo na pewno) pod górę na szczyt zapory w Dobczycach, a potem w dół, żeby oddać łańcuch w to samo miejsce, z którego się go zabierało. Ta przeszkoda mnie wyczerpała, naprawdę to było ciężkie. 

Była też przeszkoda, którą bardzo chciałam pokonać, a z niej zrezygnowałam, bo było tam zbyt tłoczno i po kilku próbach się poddałam. To była wielka stroma pochylnia, na którą trzeba było wbiec, chwycić zawieszoną linę i wciągnąć się po niej na szczyt. Przed nią stał tłum ludzi, który chciał pokonać tę przeszkodę, a że trzeba było robić to pojedynczo, to straciliśmy tam z 15 minut. Erykowi udało się przejść górą, ale mi już nie, więc przeszłam dołem, porobiłam burpeesy i pobiegliśmy dalej. 

Zanim wystartowaliśmy nagrałam kilka sekund jak poszło Elicie:

To była już końcówka, a jak to bywa na końcówce Runmageddonu, jest tam ustawiona przeszkoda za przeszkodą, byleby jak najbardziej zmęczyć ludzi na koniec. Jest to też fajna opcja dla kibiców, bo można sobie oglądać ubłoconych ludzi popijając bezalkoholowe piwko i zagryzając frytkami.

I mimo że byliśmy prawie czyści i prawie susi xd, to pod koniec była PORODÓWKA, czyli ciężkie opony ułożone obok siebie, pod którymi trzeba było się przecisnąć. Podłoże pod oponami było błotne, więc idealnie na koniec, aby dotrzeć na metę po runmaggedonowemu.


Nasz czas to ok. 1h 37 min (w wynikach na stronie jest błąd i zaliczyli nam 1:21:30, bo pomyliliśmy się i wystartowaliśmy 15 minut wcześniej).

To był mój i Eryka drugi wspólny Runmageddon, mam nadzieję, że kiedyś jeszcze zdecydujemy się pojechać i tym razem obiecuję (jak zwykle zresztą), że lepiej się przygotuję. Na tyle, żeby przynajmniej samodzielnie zrobić multiriga.

Pozdrawiam!

środa, 22 listopada 2023

Dycha Van Berde w ramach Biegu Lovelas - relacja

Najlepsza impreza biegowa na Podkarpaciu? Oczywiście, że Bieg Lovelas! 3 dystanse do wyboru (oficjalnie 3, bo nieoficjalnie jest 5), ciekawe i różnorodne leśne ścieżki, a do tego co roku trasy są inne. Mogę być nieobiektywna, bo to impreza organizowana przez Stowarzyszenie Zabiegani Mielec, do którego należę, ale kto by się tym przejmował, ważne, że jest naprawdę super.

Można pobiec dychę (w tym roku 11 km), można przejść 11 km z kijami, można pokazać jak się kocha las i przebiec 25 km, ale można też bardzo kochać las i zrobić 50 km. Nieoficjalnie jest też możliwość zgłoszenia do organizatorów chęci przebiegnięcia stu kilometrów, wtedy trzeba wystartować o 23:00 poprzedniego dnia i ma się całą noc biegania, żeby przed 7:00 rano, czyli przed startem Bardzo Love’lasa na 50 km wbiec na drugą pętlę. W tym roku znalazł się też taki, co stwierdził, że zrobi 3 pętle, czyli 150 km. Ale niestety po pierwszej pięćdziesiątce z dalszej rywalizacji wyeliminowała go kontuzja.

Ja zazwyczaj startowałam w głównym dystansie, czyli 25 kilometrów, ale rok temu postanowiłam spróbować swoich sił w “Dyszce” Van Berde, czyli biegu na 11 km. I bardzo mi się spodobało: było krótko, szybko, bezstresowo, czego chcieć więcej? W tamtym roku byłam 5 wśród kobiet (na 38) i 34 wśród wszystkich biegaczy (na 95) z czasem 1:04:09.

Ale czułam, że mogę jeszcze coś zdziałać w temacie tej dychy, więc postanowiłam wystartować też w tym roku, ale już z ambitniejszym planem, bo chciałam zejść poniżej godziny. Wiedziałam, że miało być trochę mniej przewyższeń niż rok temu i tak samo miało być 11 zamiast 10 km, więc była szansa, żeby poprawić ten czas.

Ustawiłam się z przodu stawki, żeby zacząć mocno i pierwszy kilometr poszedł w 4:59. Było płasko, ale droga wyłożona była niewygodnymi do biegania kamieniami przeplatanymi odrobiną błota i czułam, że to jest dla mnie za szybkie tempo, więc nieco zwolniłam. Mimo ponad stu osób na starcie, nie było tłoku wśród biegaczy, 2-3 osoby wyprzedziły mnie na drugim kilometrze, ale ogólnie było luźno. 

Miałam świadomość, że mogę być gdzieś z przodu kobiecej stawki, ale nie wiedziałam ile dziewczyn jest przede mną. Przed sobą widziałam tylko 2 biegnące osoby, bo część grupy oderwała się już na samym początku i zniknęli z pola widzenia, a na dodatek nie przyglądałam się za bardzo kto na starcie stał z przodu oraz ile było kobiet.

Tak więc miałam tylko swoje domysły, ale mimo to zaczęłam się tym przejmować. A jeśli jestem trzecia? I zaraz mnie ktoś dogoni i wyprzedzi, a ja nie będę w stanie podjąć walki, żeby utrzymać to miejsce? Albo jeśli jestem czwarta i do trzeciego miejsca dzieli mnie minuta lub dwie i ja się za mało staram i znowu podium przejdzie mi koło nosa?

Szczerze mówiąc ta pierwsza opcja mnie nieco zestresowała, więc wyobraziłam sobie, że jestem czwarta i gonię trzecie miejsce. Zdecydowanie bardziej wolę gonić niż uciekać, lepiej mi to działa na głowę.

Więc biegłam sobie na spokojnie tempem 5:15-5:25 (tak około), żeby biec w miarę sprawnie, ale też nie za bardzo komfortowo, żeby nie wyrzucać sobie później, że przecież mogłam przyspieszyć. Często w trakcie zawodów wyobrażam sobie i robię w myślach predykcje ile jeszcze będę w stanie wytrzymać biegnąc w danym tempie, czy jest to dla mnie na tyle komfortowe, żeby pociągnąć tak kilkadziesiąt minut? Wiadomo, to się czasem może zmienić w ciągu kilku chwil i nawet jeśli czujemy się ok, to zaraz może wszystko lec w gruzach. Ale wtedy czułam się dobrze.

Na 3 kilometrze stał Szymon, budowniczy tras Lovelasa, krzyknął do mnie “dawaj Kasia!” (albo coś w tym stylu, już nie pamiętam) i poleciałam, bo akurat było z górki. Kilkadziesiąt metrów dalej stał pan z kamerą TVP3 Rzeszów i czułam, że gdy go mijałam, to zaczął za mną biec, więc może moje nogi będą w telewizji.

Na 3,5 km zaczął się właściwie najciekawszy fragment tej trasy, bo wbiegliśmy na ścieżki MTB trails Mielec i to są takie fajne, mega atrakcyjne ścieżki. Mimo że mają dużo zawijasów i często są “falowane”, czyli co chwilę jest z górki lub pod górkę, to są bardzo komfortowe do biegania, bo praktycznie nie ma tam kamieni, tylko ubita ziemia.

Miałam za sobą już 4 kilometry, które minęły nawet nie wiem kiedy. Czułam się całkiem dobrze, pojawiło się tylko jedno bardziej strome podejście, na którym musiałam przejść do marszu, ale resztę podbiegów robiłam w truchcie. Jak to szybko mija, kiedy się biegnie tylko 11 prawe płaskich kilometrów, zamiast latać cały dzień po górach! Mnie często dopadają myśli, że chciałabym już skończyć, ale potem się reflektuję, że przecież w tym lesie jest tak przyjemnie, że biegnie się miło i ja przecież to lubię.

fot. Paweł UltraZajonc

Na 5 km dobiegliśmy do miejsca, gdzie na mapie robiło się serce i na jego koniuszku miał być punkt odżywczy. Jak tylko zaczynała się płaska utwardzona droga, to moje tempo rosło, bo moje asfaltowe serce cieszyło się z twardej nawierzchni, zaraz odzyskiwałam siły i mogłam właściwie samoistnie przyspieszać do 5:00 min/km. Punkt odżywczy widziałam z daleka, wyciągnęłam i przygotowałam sobie kubek, żeby nie tracić czasu. Nalałam sobie łyka wody i pognałam dalej. Był już 7 km, więc tylko 4 do mety!

Przed punktem dogonił mnie Gniewko, który biegł w czapce z rogami i przed startem zbierał grupę na “spokojne” tempo na 55 minut. Biegł razem z chłopakiem, który był najmłodszym uczestnikiem Dychy Van Berde, bo miał 14 lat. I mnie wyprzedzili! Ja w tym wieku tak dużo i szybko nie biegałam, co najwyżej 600 m na szkolnym boisku, a pierwsze “prawdziwe” najki do biegania mama kupiła mi jak miałam 15 lat. W każdym razie od tamtego momentu miałam motywację, żeby zbytnio mi nie uciekli i trzymałam się tak, żeby mieć ich w zasięgu wzroku i może na końcówce zaatakować i wyprzedzić.

Minął 8, potem 9 i 10 kilometr. Po drodze było trochę błota, gałęzi i podbiegów, ale dałam sobie z nimi radę. Na zegarku miałam 54 minuty, jeszcze jeden i meta, zdążę! U mnie ostatnie kilometry zawsze są najtrudniejsze, bo zwykle bardzo chciałabym przyspieszyć, ale często głowa mi nie pozwala, bo się boi, że za bardzo się zmęczy. Tym razem doszła jeszcze chęć przybiegnięcia zanim minie godzina, więc nie mogłam się poddać. I nie poddałam się! Mimo zmęczenia i trudniejszego terenu, spróbowałam cały czas przyspieszać, ostatnie kilometry poszły w 5:40, 5:24 i 5:16 min/km. 

100 m przed metą słyszałam jak moja mama krzyczy “Kasia!”, więc zrobiłam jeszcze sprint po trawie na koniec. I jest! 

fot. Mała Gośka

Czas 59:23! Trzecie miejsce open (na 48 kobiet) i 26 wśród wszystkich uczestników (na 113 osób). Byłam w szoku jak się dowiedziałam, że tylko dwie dziewczyny były przede mną i cieszyłam się, że dałam radę utrzymać przewagę nad czwartą dziewczyną, bo była minutę i 15 sekund później.

fot. moja mama ;)

Po biegu poszłam się przebrać i w szkole w Przyłęku czekaliśmy na dekoracje. W międzyczasie zjadłam wegańską zupę pomidorową, wypiłam herbatkę konopną z gospodarstwa Miody i Ogrody i gadałam z ludźmi, bo na mieleckich biegach zawsze jest z kim pogadać. 

fot. Paweł UltraZajonc

Biegłam w Lovelasie 6 raz i pierwszy raz w życiu stałam tam na podium. Taka mała rzecz, a cieszy 🙂

Pozdrawiam!