piątek, 5 czerwca 2015

Biegowy miesiąc: Maj 2015


Maj był ciekawym miesiącem :). W skrócie: pokonałam najfajniejszy bieg wszech czasów Runmageddon Classic, tydzień później zrobiłam kolejny już test Coopera, który niestety poszedł gorzej niż za pierwszym razem, a ostatniego dnia miesiąca razem z Asią przebiegłyśmy Odlotową Piątkę.
Ponadto mój blog obchodził pierwsze urodziny, co bardzo mnie cieszy, bo nie spodziewałam się, że wytrwam aż tyle.
W maju przebiegłam tylko 87 km. No cóż, przebimbałam sobie, ale wciąż boję się o moje kolana i choć już jest o wiele lepiej niż było, to nadal mam przeczucie, że coś może się stać. A bardzo bardzo nie chcę, żeby znów zaczęło mnie boleć.
Zaczęłam już z grubsza tworzyć biegowe plany na te wakacje, ale jeszcze nic nie zdradzę. Może będzie kolejna niespodzianka :)

A plany na czerwiec?
Pokonać sesję i biegaaaać! Bo bieganie jest lekarstwem na cały stres. (nie, żebym się jakoś specjalnie stresowała :) )

Pozdrawiam!

poniedziałek, 1 czerwca 2015

"Kto by pomyślał?" czyli relacja z Odlotowej Piątki.

Jak już kiedyś wspominałam, jakiś czas temu zapisałyśmy się z moją współlokatorką Asią na Color Run Kraków, który miał się odbyć 23 maja. Jednak ze względu na zmianę trasy bieg przesunięto na 20 września, a my tak jakby zostałyśmy na lodzie. No bo skoro już udało mi się ją zmusić zachęcić do zapisania się na zawody, bo chciałam, żeby choć raz poczuła to co ja zawsze czuję przed i po starcie, to chciałam doprowadzić ten plan do końca. Na szczęście okazało się, że tydzień później miał się odbyć w Krakowie, z okazji pikniku rodzinnego i dnia dziecka, bieg na podobnym dystansie (wg. organizatora 4,8 km). Więc bez zbędnego namysłu zapisałyśmy się obie.
Odlotowa Piątka rozgrywała się na terenie Muzeum Lotnictwa Polskiego, trasa biegła również przez stare pasy startowe i między samolotami. Było dużo zakrętów, trochę biegania po trawce, dwa strome, ale krótkie podbiegi, więc nie było nudno.
Po wesołej rozgrzewce ustawiłyśmy się z Asią w tłumie. Widziałam, że była trochę zdenerwowana, ale to dobrze :). Stres mobilizuje. Plan był taki, że biegniemy razem i Asia nadaje tempo, ale i tak nie wiedziałam, czego się spodziewać. Trochę się bałam, ze zaczniemy za szybko, a potem nie damy rady, czy coś w tym stylu. Ale z drugiej strony wiem, że Asia tak łatwo nie odpuszcza i walczy do końca (nawet nie chciała się zatrzymać, żeby zawiązać sznurówki na trzecim kilometrze :))
Zaczęłyśmy dość mocno i naprawdę zaczęłam się obawiać dalszej części. Po połowie pierwszego kilometra na zegarku wyświetlało mi się ok. 5:20 min/km i zapaliła mi się czerwona lampka. Zwykle na treningach biegałyśmy razem ok 6 min/km, czasem 5:40. Serio myślałam, że to zdecydowanie za szybko, ale nic nie mówiłam. Byłam ciekawa co się dalej stanie :) Mi osobiście biegło się wspaniale, takie właśnie tempo lubię. W pewnym momencie zaczęłyśmy wyprzedzać i nikt już nie wyprzedził nas. Co jakiś czas pytałam Asi jak się czuje i czy na pewno chce biec tak szybko, ale tylko kiwała głową, że ok. No to ok, to lecimy :).
Pod koniec był już mały kryzys, ale jak zostało nam 200 m to zrobiłyśmy sprint i wpadłyśmy na metę (wg mojego zegarka) po 24 min i 17 s. Średnie tempo wyszło 5:11 min/km, co według mnie jest niesamowitym wynikiem kogoś, kto zaczął biegać 2 miesiące wcześniej :)

Nie powiem, śmieszna ta mapka :D
Tak sobie teraz myślę, że szkoda, że nie było medali. Bieg był darmowy, bo zyskał kilku sponsorów, ale ja na przykład wolałabym dopłacić parę złotych, żeby mieć fajna pamiątkę :)
Na mecie.
Jak widać, jak się jest chociaż trochę upartym (i ma się taką fajną współlokatorkę jak ja), to wiele można osiągnąć :)

Pozdrawiam!

PS: Fajnie było znowu spotkać Małgę, Mateusza i innych. Kraków to jednak małe miasto :D

sobota, 30 maja 2015

Nie samym chlebem żyje człowiek, ale...


Ale chleb przeważnie je. Tylko że problem jest czasem taki, że "sklepowe" chleby nie zawsze mają zadowalającą jakość i zwykle nie wiemy co tam jest w środku, nawet po przeczytaniu etykiety. Dlatego my z Asią co jakiś czas pieczemy swój własny chleb. Nie jest ani bezglutenowy (co ostatnio jest bardzo modne), ani na zakwasie, ale jest smaczny i pożywny.
Przepis jest od Asi, więc dla niej podziękowania :)

Składniki:
-50g drożdży
-3 łyżki cukru
-1 szklanka mleka
-1,5 szklanki otrębów
-0,75 szklanki lnu
-słonecznik, pestki dyni, suszona żurawina, nasiona chia (co kto lubi)
-2 łyżki soli
-3 szklanki wody
-1 kg (lub więcej) mąki (rodzaj dowolny)

Przygotowanie:
Drożdże rozrobić z cukrem, dodać podgrzane mleko i pozostawić do wyrośnięcia.
Otręby, len, słonecznik, pestki dyni i sól wsypać do miski i wymieszać. Do suchych składników wlać wyrośnięte drożdże, dodać ciepłą (ale nie gorącą) wodę i stopniowo dodawać mąkę wyrabiając ciasto do połączenia składników. Ciasto o właściwej konsystencji powinno odrywać się od miski.
Przełożyć je do blaszek wyłożonych papierem i nasmarowanych olejem. Pozostawić do wyrośnięcia. Można posypać makiem lub sezamem.
Chleb piec w temperaturze 180 stopni C przez około 1h.








Trochę bałagan miałyśmy na tym stole, ale tak to jest kiedy się piecze :)

Smacznego!