poniedziałek, 26 czerwca 2017

Jedziemy na Ślunsk, czyli relacja z Runmageddon Classic Silesia.

To wciąga. Jak już spróbujesz, cały czas myślisz o tym, żeby zrobić to raz jeszcze. A potem jeszcze raz. I kolejny. I chcesz coraz więcej - więcej wyzwań, więcej zmęczenia i zakwasów, więcej siniaków i zadrapań, trawy i błota, wody i zimna.

Pojechaliśmy więc do Gliwic, aby spełnić postanowienie o zdobyciu Weterana Runmageddonu. W kwietniu na rozgrzewkę zaliczyliśmy Rekruta, teraz przyszła kolej na Classica, czyli 12km i ponad 50 przeszkód. Nie wierzyłam, że będzie tylko 12, więc nastawiłam się na 14, a w rzeczywistości było ich ponad 15.
Kasia mistrz selfie

Na początku stanęło przede mną wyzwanie logistyczne: jak wyspać się przed biegiem, dojechać busem do Gliwic z Krakowa (słabe połączenie), potem komunikacją miejską na obrzeża Gliwic, dotrzeć (i w ogóle trafić) na miejsce startu odpowiednio długo przed czasem (pakiet trzeba odebrać 1,5h przed swoją turą), a potem w miarę szybko pobiec, wrócić na dworzec w Gliwicach i zdążyć na ostatni tego dnia powrotny bus do Krakowa. Zapisani byliśmy na start na 12:45, ale ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe, wszystkie starty po 11:30 były opóźnione o godzinę, więc w rezultacie startowaliśmy o 13:45. Gdzieś po kątach doszła do nas informacja, że trasa jest bardzo trudna, więc oszacowałam sobie, że jej pokonanie zajmie nam jakieś 5 godzin, o ile nie więcej (na ostatnim Classicu w Myślenicach mieliśmy czas 4:15), co oznaczało, że na metę dotarlibyśmy przed 19. Zanim byśmy się ogarnęli i wyczyścili z całego błota, byłaby 19:30, a droga z runmageddonowego miasteczka na gliwicki dworzec to jakieś 40 minut. Jeszcze trzeba było trafić w rozkład jazdy, bo autobusy jeździły co pół godziny. Naprawdę już wtedy miałam obawy, że nie zdążymy na tego busa o 20:50.

Chociaż w Krakowie rano było 23 stopnie i słoneczko, w Gliwicach zastaliśmy deszcz i 15 stopni. Nie przewidzieliśmy tego, więc siedzieliśmy sobie 2 i pół godziny pod parasolem zmarznięci i zmoknięci. Marzyłam o tym, aby w końcu była rozgrzewka i start, chociaż chyba pierwszy raz odczuwałam strach, że sobie nie poradzę z tym Classikiem. Na wszelki wypadek, dla komfortu psychicznego wzięłam też Garmina, żebyśmy wiedzieli chociażby ile kilometrów jest za nami.

Rozgrzewka była dla mnie ulgą. W końcu zrobiło mi się ciepło, mogłam porządnie rozruszać stawy i poskakać. Ten zimny deszcz naprawdę nie był przyjemny, a po rozgrzewce przestałam zwracać na niego uwagę. Puścili Thunderstruck i mogliśmy lecieć.

Po pięciu minutach i "jakichś około kilkuset" metrach zorientowałam się, że nie włączyłam zegarka. Brawo ja. Potem musiałam za każdym razem dodawać w myślach jeszcze te ok.500 m do wyniku na Garminie dla szacunkowej orientacji w czasie i przestrzeni.


Na trasie było...pięknie. Miejscami surowy, węgielno-pustynny krajobraz zamieniał się w łąki i łagodne wzgórza, potem przechodził w gęste zarośla i las, aby później z powrotem nawrócić nas na hałdy. Gdzieniegdzie płynął strumyk i latały milutkie komary, a czasami wręcz nie mogliśmy wygrzebać się z błota. Zapamiętałam trzy rzeczy:
-najpierw było mokro i ślisko.
-potem było duszno i (porno) gorąco.
-a potem to już mi było wszystko jedno.


Co do przeszkód:
-2 razy kazali nam czołgać się pod górę 50 metrów pod zasiekami. Ładne tam mają na Śląsku dżdżownice i ślimaki.
-Tyle ścian nigdy na oczy nie widziałam. Zrobili nawet przeszkodę, gdzie były 3 ściany pod rząd, każda wyższa od poprzedniej. Ja na szczęście miałam ze sobą Mateusza i wypracowaliśmy sobie wygodny system przerzucania mnie na drugą stronę, ale on musiał na te ściany włazić sam. Potem zaczaiłam, że przecież jeśli nie ma nikogo do pomocy, mogę sama wrócić na chwilę i dać mu stopkę tudzież posłużyć ramieniem. Mądra ja.
-Główną przeszkodą były hałdy. Naprawdę lataliśmy cały czas do góry i zjeżdżaliśmy na dół, do góry i na dół, do góry i na dół, ja pod koniec to już myślałam, że zaraz przestanę lubić chodzić po górach i skończą się wakacyjne wycieczki. A te hałdy wcale takie małe nie były. Oczywiście Mateusz hasał sobie jak sarenka i podejrzewam, że gdyby nie ja, na mecie byłby co najmniej 30 minut szybciej.
-Tym razem nie udało nam się wejść na linę i robiliśmy burpeesy. Była za śliska od błota.
-Było dużo fragmentów z obciążeniem. Z tego co pamiętam 2x opony, 2x worek z piaskiem, raz spacer z psem (ciągnięcie betonowego bloku po piachu) i raz z betonowym bloczkiem na ramieniu
-Znowu zabrakło mi powietrza na zjeżdżalni. Potem przeczytałam, że oni specjalnie robią tak, żeby jechało się jak najszybciej i nie dało się zwolnić. Wpadłam do bajora i nie mogłam dotknąć dna, bo było głęboko i nie wiem jak przedostałam się na brzeg. Później wolontariusz pytał mnie czy wszystko w porządku, musiałam widocznie mieć straszną minę.
-Jak dobiegliśmy do Dużego Indiany Jonesa, pan wolontariusz z chęcią podał mi linę. "Ale pod jednym warunkiem" powiedział, "Masz jak najgłośniej krzyczeć". "Ale ja nie umiem krzyczeć! No dobra..."
-Większość przeszkód była standardowa i oczywiście same najgorsze najlepsze zostawili na koniec.

Biegliśmy w przedostatniej serii, więc było już dość późno, ale Mateusz chyba miał naprawdę mocną wewnętrzną motywację, bo zapierdzielał jeszcze lepiej niż na poprzednim Runmageddonie, przez co udawało nam się wyprzedzać ludzi z poprzednich tur. W połowie trasy spotkaliśmy Jagodę, Basię i Janusza z Zabieganych Mielec, miło zobaczyć znajome twarze tak daleko od domu :). 

Mój zegarek umarł 100m przed metą. Ostatnią przeszkodą mieli być footboliści, ale gdzieś się zapodziali, więc pani wolontariuszka kazała nam tańczyć. Ja oczywiście nie miałam nic przeciwko, zrobiłam jeszcze 3 gwiazdy i wpadłam na metę. Czas 3:36:03 i w rezultacie 3 dziewczyna w serii (na 25). W naszej serii byliśmy 31 i 32 na 115 osób, więc chyba całkiem nieźle nam poszło.

zdjęcie z fejsa Runmageddonu

Jak zobaczyłam, która jest godzina, doświadczyłam czegoś w rodzaju wielkiej ulgi. Mogliśmy spokojnie się przebrać, a nawet zjeść po 2 obiady, wypić 2 piwa (bez alko!) i chwilę posiedzieć, zanim udaliśmy się w podróż powrotną:

Pozdrawiam!

Wszystkie ładne fotki są od BikeLife.

piątek, 9 czerwca 2017

Biegowy miesiąc: maj 2017

Biegowy maj był dla mnie dość dziwny. 
30 kwietnia biegliśmy z Mateuszem Runmageddon Rekrut w Myślenicach, który poszedł nam dosyć dobrze, bo dzięki długim nogom mojego braciszka i temu, że musiałam za nim gonić, bo napierał przed siebie niczym emeryt na promocji, zajęłam całkiem fajne 42 miejsce na 615 wszystkich startujących kobiet. I ani razu nie robiliśmy burpees!
Potem przez 3 dni codziennie rano chodziłam biegać do lasu, miałam mnóstwo motywacji i chęci do wszystkiego. Maj zaczął się wręcz wspaniale.


Na ten miesiąc przewidziałam swój główny start tej wiosny, Wisłok Trail na 30 km, bieg terenowy z Tyczyna do Rzeczowa. Jednak pech chciał, że parę dni wcześniej bardzo się czymś zatrułam, co skończyło się 6-godzinnym pobytem w szpitalu pod pięcioma kroplówkami i wykluczyło mnie z życia na najbliższy tydzień. Nikomu nie życzę takich "przygód". Nie mogłam ani jeść, ani pić, spałam całymi dniami, więc o bieganiu nie było mowy. Straciłam 5 kilogramów w jeden tydzień, więc potem byłam po prostu bardzo osłabiona.

Kolejny trening zrobiłam dopiero 15 maja, a było to tylko lekkie rozbieganie, bo następnego dnia miałam iść na zawody na 1500m. Ja! Na 1500m! Brzmi wręcz niedorzecznie, ale kiedy pani trenerka z AZS-u zadzwoniła do mnie parę tygodni wcześniej, że są zawody - Akademickie Mistrzostwa Małopolski, to od razu się zgodziłam. Byłam zwyczajnie ciekawa, jak sobie poradzę. Nigdy nie biegałam takich dystansów, co najwyżej na 600m w podstawówce, ale to było zupełnie coś innego. Najbardziej stresowałam się tylko tym, że będę ostatnia i wtedy byłabym na siebie zła. Ale pobiegłam! Najpierw we wtorek 16 maja, czas 5:57. Po biegu padłam na ziemię, bo nie mogłam oddychać, płuca paliły niemiłosiernie, a potem przez cały wieczór kaszlałam. Ale cieszyłam się jak głupia, średnia wyszła poniżej 4:00min/km, i co najważniejsze, nie byłam ostatnia, a nawet jeszcze 3 dziewczyny dobiegły za mną (biegło 13). Następny rzut był w poniedziałek 22 maja, tydzień później. Nie spodziewałam się rewelacji, bo miałam za sobą szalony weekend w Warszawie, a do tego zaczęło mnie boleć kolano, więc pobiegłam bardziej na luzie, o ile można nazwać luzem bieg poniżej 4:00min/km. Ku mojemu zdziwieniu, dobiegłam całe 5 sekund szybciej, w 5:52, a czułam się o wiele lepiej i za metą mogłam ustać na własnych nogach.

Końcem maja, w niedzielę 29 odbyła się Mielecka Impreza Turystyczna. Można było wybrać dla siebie jeden z wielu rodzajów rywalizacji (wyścigi rowerowe, biegowe, na orientację) i dystansów. Ja postanowiłam wziąć udział w biegu na 15 km. Było niesamowicie gorąco i cieszę się, że zdecydowałam się pobiec z bidonem na plecach, bo wypiłam cały, pomimo czterech punktów z wodą na trasie. Założyłam sobie, że będę mieć tempo ok. 6:00min/km, prawie się udało i choć miejscami było ciężko, bo nasze mieleckie lasy obfitują w górki, biegło mi się przyjemnie i byłam 4 na 8 kobiet z czasem 1:30:26 :)

foto z fanpejdża Hufiec ZHP Mielec

Plany na czerwiec?
10 czerwca, czyli już jutro startuję w kolejnym Runmageddonie, tym razem na dystansie Classica (12 km, 50+ przeszkód) w Gliwicach. Już się boję co oni tam wymyślą.

Pozdrawiam!

sobota, 8 kwietnia 2017

Opalamy się, czyli relacja z Mieleckiej Dychy z Joy Fitness Club

Kiedy zaczynałam biegać, a było to ładnych parę lat temu, jeszcze przed całym biegowym boomem, prawie za każdym razem wracając z treningu czułam się trochę zniesmaczona. Bardzo często nie mogłam sobie spokojnie pobiegać, tylko słyszałam za sobą gwizdy, zaczepki w stylu: "gdzie tak biegniesz?" "i tak nie schudniesz!", a w najlepszym wypadku krzywe spojrzenia i zdziwienie. Tak było w Mielcu, stosunkowo małym mieście, gdzie będąc biegaczem trzeba było wychodzić biegać wieczorami, aby nikt nie widział. Bardzo się cieszę, że to się zmieniło (choć też czasami różne rzeczy się zdarzają), ludzie mają już większą tolerancję dla biegających i zazwyczaj traktują ich z obojętnością. 
hej.mielec.pl

Teraz już nawet w Mielcu organizowane są biegi, a jeden z nich odbył się w niedzielę 2 kwietnia. Oczywiście nie mogło mnie na nim zabraknąć. Trasa miała ok. 10 km, a składały się na nią dwie pętle. Nie miałam jakichś szczególnych założeń na ten bieg, bo startowałam tuż po chorobie i 1,5 tygodniowej przerwie od jakiegokolwiek ruchu. Nie wiem jak innym, ale mi nawet tydzień przerwy wystarcza, żeby kondycja nieco się pogorszyła. Ale jak zwykle byłam dobrej myśli. Zapomniałam zabrać ze sobą zegarek z GPSem i biegłam ze zwykłym analogowym zegarkiem, miałam więc ze sobą tylko czas, bez tempa. Biegłam na tak zwane samopoczucie. 

hej.mielec.pl
Start był w południe, przy najbardziej palącym słońcu jakie się w tym roku pojawiło, a na moje odczucie było okropnie gorąco. Zaczęłam dość szybko i myślałam, że dam radę pociągnąć równym tempem do samego końca, ale trochę się przeliczyłam. Jednak bieganie "negative splitem" lepiej mi wychodzi niż mocny start i trzymanie tego tempa przez całą trasę. Przy 4 kilometrze już zaczęło mi brakować pary w płucach i marzyłam o wodzie. Na 5km zwolniłam, a później już tylko czekałam aż to się skończy. Muszę się przyznać, że ze 3 razy przeszłam do marszu, już mi było wszystko jedno i szkoda w ogóle opisywać reszty. Dobiegłam w 52:53, gruuubo poniżej życiówki i na początku byłam trochę na siebie zła, ale potem fajna atmosfera po biegu sprawiła, że mi przeszło.

A później były foteczki, opalanko, jedzenie i odpoczywanie. Pomijam też kilka niedociągnięć organizacyjnych, bo to była dopiero pierwsza edycja tego biegu, więc można je wybaczyć. Ważne, że bieganie w Mielcu nabiera tempa i rozwija się :)

Pozdrawiam!