środa, 16 września 2015

Czy piwo może być izotonikiem?

Piwo - popularny wśród biegaczy napój, który często obok grochówki i makaronu figuruje na liście obowiązkowych potraw do spożycia po zawodach. Zazwyczaj udostępnione przez organizatorów biegu, ale jeśli go nie ma, to co za problem skoczyć do sklepu lub do knajpki. Przecież zasłużyliśmy, zmęczyliśmy się, musimy się teraz dobrze nawodnić, a piwo to przecież napój izotoniczny...

Zdjęcie jest stare, jakby ktoś pytał :)
Zacznijmy od prostego wyjaśnienia czym właściwie jest izotonik. Jest to napój, który ma na celu wyrównanie poziomu wody i elektrolitów, które tracimy wraz z potem w trakcie wysiłku, a także dostarczenie niewielkiej ilości węglowodanów oraz soli mineralnych i witamin. Czy piwo spełnia te kryteria?

Argumenty za:
-piwo zawiera składniki mineralne takie jak potas, fosfor, magnez, sód, krzem oraz witaminy z grupy B.
-szybko ulega strawieniu i jest łatwo przyswajalne przez organizm.
-słód jęczmienny jest źródłem aminokwasów.
-w zdecydowanej większości składa się z wody (często mineralnej).
-zawiera łatwo przyswajalne cukry.
-zawiera przeciwutleniacze.

Argumenty przeciw:
-piwo zawiera alkohol, który powoduje m.in zakwaszenie organizmu, a po wysiłku organizm jest wystarczająco zakwaszony, żeby wątroba miała co robić. Zatem piwo opóźnia regenerację.
-jest moczopędne, więc w gruncie rzeczy nie nawadnia zbyt dobrze.
-w piwach dostępnych powszechnie w sklepach ilość witamin jest śladowa, więc nie można go traktować jako ich źródła, gdyż nie zaspokaja ono zapotrzebowania na te składniki.
-wbrew pozorom nie zawiera zbyt wielu węglowodanów, więc dzięki niemu szybko nie uzupełnimy zapasów glikogenu.
-działa nasennie i może spowalniać czas reakcji.

Wniosek? Jeśli już chcemy się nawadniać piwem, to najlepiej tym bezalkoholowym, które jest warzone w tradycyjny sposób, a jego fermentacja jest przerywana w odpowiednim momencie, aby nie dopuścić do wytworzenia alkoholu. Wtedy wszystkie pozostałe związki oraz smak zostają zachowane.

Macie jakieś swoje przemyślenia na ten temat?
Pozdrawiam :)

niedziela, 6 września 2015

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, czyli wracam i zostaję :)

Tak, wiem, zaniedbałam bloga. Miałam "szalony" miesiąc, nie chciałam się rozpraszać, bo musiałam załatwić jedną ważną sprawę (jak to mówią: student bez września jest jak żołnierz bez karabinu). Ale już mam wakacje, egzamin zdany (cóż za ulga!) i mogę napawać się wolnością, biegać i pisać ile chcę.
Ostatnimi czasy baaardzo mało biegałam, przez lipiec i sierpień zrobiłam mniej niż 150 km (w sumie! :( ). Krótko mówiąc, miałam trochę taki biegowy kryzys. Nie chciało i się, było za gorąco, nie miałam czasu, znajdowałam mnóstwo wymówek, żeby tylko nie iść biegać. Oczywiście równocześnie miałam wyrzuty sumienia, że nie trenuję, a inni biegają, biją życiówki, chudną w oczach i są szczęśliwi. Ale już jest dobrze, już chyba pokonałam tego lenia, nawet na zachętę dostałam od rodziców nowe buty do biegania. Jest to moja (nie wiem, czy już, czy dopiero) 5 para. Tym razem wybrałam Asics'y i szczerze mogę powiedzieć, że leżą na stopach jak skarpetki :). Moje poprzednie Adidasy Supernova Glide Boost 7 miały wynieść mnie 3 metry nad niebo, ale jakoś nie mogłam się z nimi dogadać. Uciskały w dziwnych miejscach i dopiero po parudziesięciu kilometrach ułożyły się i nadawały do czegokolwiek, ale być może były po prostu o 1/3 rozmiaru za duże.

 
A dzisiaj wybrałam się razem z moją rodzicielką na trening nowej grupy Biegam Bo Lubię Mielec (wiem, że to działa już od dawna na terenie całej Polski, wstyd mi przyznać, że w Krakowie nie byłam ani razu, ale ciiiii! W Mielcu to nowość). Przemogłam strach przed treningiem z innymi ludźmi i stwierdzam, że było świetnie, w końcu jakiś nowy bodziec treningowy dla mnie. Od paru miesięcy tylko klepię kilometry bez żadnych urozmaiceń, a tutaj była cała godzina różnych ćwiczeń i przebieżek. Nawet się zmęczyłam tymi sprintami pod koniec :).

Zdjęcie z FP Biegam Bo Lubię Mielec

A chciałam tym postem przekazać, że nawet jak sprawa wydaje się beznadziejna, to z każdego kryzysu można wyjść. Nawet jeśli w tym właśnie momencie macie wrażenie, że nic wam się nie chce, nic nie wychodzi i na nic nie macie ochoty, oprócz leżenia w łóżku, ewentualnie gapienia się w fejsbuka, to wiedzcie, że to minie. Nadejdzie dzień, kiedy wstaniecie rano i powiedzie sobie "tak, to jest dobry dzień!" i trzeba znaleźć w sobie odwagę, żeby to wykorzystać (tak miałam właśnie dziś rano. Wieczorem dokręciłam jeszcze parę kilometrów na dokładkę). Przez ostatnie 4 tygodnie wstawałam codziennie o 7 i zasiadałam sumiennie do nauki, każdego dnia z wielką niechęcią, ale przyjmowałam tę małą porcję wiedzy, bo chciałam zdać ten głupi egzamin. Oprócz nauki prawie nic konstruktywnego nie robiłam. Zdałam tylko dlatego, że wymagałam od siebie to minimum pracy, dzięki systematyczności, której się nauczyłam. Tak samo jest z bieganiem. Jeśli się nie trenuje uczciwie, opuszcza się zaplanowane treningi, to forma stoi w miejscu lub, co gorsza, spada. I ja niestety to zauważam u siebie. Już 8 km w tempie 5:30 mnie męczy, więc teraz moja życiówka w październikowym półmaratonie stoi pod znakiem zapytania.
Ale! Nie zamierzam odpuścić! Będę, walczyć o swoje i może coś ugram :)

I wam też tego życzę.
Pozdrawiam!

czwartek, 23 lipca 2015

Człowieki ze stali, czyli relacja z Runmageddonu Rekrut.

Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Zaraz po przekroczeniu mety majowego Runmageddonu wiedziałam, że MUSZĘ jeszcze co najmniej raz wziąć udział w tym wydarzeniu. Tak się jakoś złożyło, że mój kumpel z klasy z liceum zapragnął spróbować swoich sił w biegu z przeszkodami, tak, żeby zobaczyć, czy da radę.
Kuba chciał wystartować w Men Expert Survival Race w Warszawie w czerwcu i próbował skompletować ekipę, żeby było trochę taniej, ale niestety nikt nie chciał się na to porwać, oprócz mnie. Ale potem zaczęłam się nad tym zastanawiać i mówię Kubie: "Słuchaj ziom, wystartujmy w Runmageddonie Rekrut (6km, 30 przeszkód), jest 2 razy więcej przeszkód na podobnym dystansie, za podobną cenę, bardziej się opłaca, no zgóóóódź się!" (no tak to mniej więcej było). I Kuba się zgodził :).


Ten post będzie bardziej zdjęciowy, niż tekstowy, bo miałam takie szczęście, że Kuba zabrał ze sobą dwóch kibiców z trzema aparatami fotograficznymi (oczywiście ja też miałam ze sobą NajbardziejWiernegoNaŚwiecieKibica) i dzięki ich uprzejmości mam mnóstwo zdjęć, bo chciało im się latać za nami po całym torze w tym ponad trzydziestostopniowym upale (Dziękuję!!! nie wiem, jak się odwdzięczę :)).

Przed startem w bielutkiej koszulce z krakowskiego maratonu. No cóż..to był jej pogrzeb.

Start z "basenu" to był dobry pomysł, mogliśmy się trochę ochłodzić już na samym początku, a nie było punktów z wodą.


Indiana Jones w moim wykonaniu.







fot. Igor Kohutnicki
To była najlepsza przeszkoda :). Jbc to ja nie leżę w tej wodzie. Próbuję się czołgać.
Nikt mi nie powiedział, że mam kupę na twarzy :(



Podczas spaceru z workiem czekali na nas goście z MaturaToBzduraTV. Kto źle odpowiedział-musiał pyknąć dodatkowe karne kółeczko. Co płynie w światłowodzie? Ile to jest 3+4*2? Podaj wzór Pitagorasa? Podaj wzór na pole koła?

Ciepła, ale mokra :)

Śmialiśmy się z gościa, bo mu coś wypłynęło ze spodni (nie, nie TO)






Karne burpeesy za niewspięcie się po linie. (prawie ómarłam)

Kontener z lodem jako miłe orzeźwienie. Btw. oglądanie zdjęć z tego miejsca może nieźle poprawić humor (popatrzcie chociażby na moje). Ludzie wychodzą na nich naprawdę strasznie. Zanurzanie się w lodzie, kiedy na zewnątrz jest ponad 30 stopni powoduje, że organizm przeżywa szok, nie można się ruszać, ciężko oddychać, a kończyny nie chcą współpracować.
I ostatnia przeszkoda. Trzeba było wspiąć się na rusztowanie i zeskoczyć z 6m na wielką dmuchana poduchę :)
I meta, a na mecie piwo, woda, izo -wszystko co potrzebne do szczęścia :)
A Kubie należą się gratulacje, bo to był jego pierwszy start w zorganizowanym biegu.

 
W każdym razie było super ekstra i to chyba oczywiste, że chcę jeszcze raz :D


Pozdrawiam!